piątek, 15 listopada 2013

W Chinach nie ma Bloggera

No tak. Tego nie przewidziałam. Że w Chinach wujek Google jest na cenzurowanym. Że oprócz map, które zresztą wywodzą Cię w maliny (albo mi GPS wariował, albo wszystko jest poprzesuwane, bo wskaźnik lokalizacji na mapie nijak się miał do tego, gdzie aktualnie przebywałam) i sporadycznego i żółwiego dostępu do gmaila nic więcej tam nie działa.

Wiedziałam, że nie zadziała mi Facebook, bo brak Fejsbusia jest największą zgryzotą przybyszy do Państwa Środka i wszędzie można o tym przeczytać. Jakoś jednak nie wpadłam na to, że nie zadziała mi Twitter, Blogger, YouTube, Vimeo i wszelkie inne jakże niebezpieczne dla chińskiego internauty portale. Gdy ostatnio byłam w Chinach, działał każdy z tych serwisów, łącznie z Fejsem. Wiedzieliśmy już jednak, że rząd zabiera się do budowy "the Great Firewall of China" w związku z przedolimpijskimi zamieszkami w Tybecie i Xinjiangu. Tym razem nawet nie pofatygowałam się, by zapytać kogoś z Chin, jak wygląda dostęp do Bloggera i beztrosko założyłam, że codziennie będę słała jakieś radosne sprawozdania do polski przez Googlowe serwery.




Laołaje (od 老外 czyt. laowai, dosłownie "stary z zewnątrz" - potoczne i lekko pogardliwe określenie na białasów) mają jednak swoje, chyba nie do końca legalne sposoby na przeskoczenie przez muru. Jakieś płatne proxy i vpn-y. Mi te sposoby pozostały obce i w ten sposób piszę tego posta już z domu. Jakże miło, że nasze Państwo nie ma w zwyczaju ograniczać nam dostępu do informacji. Po chwilowym pobycie w Chinach to już nie jest takie oczywiste, że te całe Internety nam się należą. Nie! Na dobrą sprawę moglibyśmy w ogóle nie mieć Internetu, jak Korea Północna. Fajnie, że tak nie jest. Bardzo.

Brak znanych i lubianych na Zachodzie serwisów skłonił mnie jednak do eksploracji serwisów, których używa się w Chinach (zwykle chińskich lub z Hong Kongu). Ale to osobny temat, do poruszenia kiedyś.

Nie było więc relacji na żywo z Chin, ale będą wrzutki okazjonalne post factum z wtrętami, dywagacjami, opowieściami. Zaglądnijcie czasem, moi nieliczni, acz wierni czytelnicy :).

poniedziałek, 21 października 2013

Transfer

Zaczęło się. Jestem w drodze! Wooohoo! 
A konkretnie na lotnisku Schiphol.

Uwielbiam być w drodze.
Wiadomo, że podróż to taki stan przejściowy, który ma prowadzić do jakiegoś celu. I dla można ten stan tymczasowego zawieszenia pomiędzy miejscem wylotu a miejscem, do którego się zmierza, różnie traktować. 
Można go zupełnie zignorować, traktując jako naturalną konieczność: jeżeli chcesz z miejsca A dotrzeć do miejsca B, to musisz odpękać środek transportu i jakoś zagospodarować sobie czas. 
Można tego czasu szczerze nienawidzić. Bo jest trochę stresujący. Bo przesiadki, obce języki, mało czasu, mniej lub bardziej smutni panowie oglądający z przesadnym zainteresowaniem Twój paszport, konieczność rozebrania się do rosołu i bycia obmacanym przez kontrolerów bezpieczeństwa. Znam takie osoby, które kochają być na wakacjach, ale podróż na wakacje jest dla nich gehenną.
A ja mam tak, że to bycie w drodze jara mnie równie mocno, jak dotarcie do nowego miejsca. Mam wrażenie, że to jest podobna dawka adrenaliny, jak w skoku spadochronowym - tylko, że lecąc w dół z zawrotną prędkością mam serce w gardle przez minutę, a lecąc z zawrotną prędkością wszerz globu mam to uczucie rozłożone w czasie. 

Kocham atmosferę lotnisk.
Patrzę na tych wszystkich ludzi na lotnisku i myślę sobie, że albo tam na górze zachodzą jakieś dziwne reakcje w mózgu i wszyscy jesteśmy naćpani, albo to samo bycie w trasie jakoś wydobywa z ludzi mnóstwo pozytywnych emocji. Siedzę właśnie w kafejce, a razem ze mną jakieś 200 innych osób czekających na swój samolot i niektórzy wyglądają, jakby nie spali dwa dni i nie brali prysznica 4 dni. Ale jak tylko nadarzy się okazja do wejścia w interakcję z drugim człowiekiem (kontaktu wzrokowego chociażby), to przekazują pozytywne fluidy. 

Dzisiaj o 4 rano na Okęciu oglądałam akurat z nudów plan terminalu, gdy do hali odpraw wbiła ekipa facetów, może z 10, 15 lat starszych ode mnie. Już na pierwszy rzut oka było widać, że znają się od lat i właśnie wybierają się na jakąś super wyprawę. Wystarczyło spojrzeć na ich plecaki, kurtki i buty oraz mega radochę. Nie sposób było się nie uśmiechnąć do tego widoku.

Potem spotkaliśmy się przy checkinie. “Niech Pani zrzuci ten plecak, bo to jeszcze chwilę potrwa” - usłyszałam i tak się zaczęła pogawędka. Okazało się, że panowie znają się do studiów, kiedy to urządzali wyprawy po Suwalszczyźnie. Teraz postanowili skoczyć na 3 tygodnie do Peru. A wcześniej w życiu byli już w tylu miejscach, że z automatu stali się moimi idolami. Okazało się, że można podróżować nawet pracując na etacie w korpo i jeździć na trzy tygodnie do dalekich krajów.

W samolocie jeden z przedstawicieli ekipy Piotr siedział w rzędzie za mną i podczas lotu rozmawiając próbowaliśmy przegłuszyć silnik. Aż nam zwrócono uwagę. 

Fakt, że ludzie potrafią się zgadać po latach od ukończenia studiów i razem pojechać na wyprawę wydał mi się mega cudem. Po prostu rewelacja. Ja takiej ekipy nie mam, choć zdarzało mi się podróżować w towarzystwie. 



Uwielbiam lotnisko w Amsterdamie.
Za każdym razem, gdy tu jestem, odkrywam jakieś inne wspaniałe aspekty koczowania na Schipholu. Sporą radochę daje oczywiście fakt, że za grosze można ze Schiphol w kwadrans dojechać do centrum Amsterdamu, powąchać trochę wody z kanałów i prawie stracić życie pod kołami roweru. Ale samo lotnisko też jest mega. Ostatnio spaliśmy z Lisem na jakiś pufach w sztucznym lesie, gdzie było słychać lecący z głośników szum drzew i ćwierkanie ptaków. Nie mam pojęcia, gdzie to było i jak to znaleźliśmy. Dzisiaj też przez przypadek odkryłam wyjście na najlepszą platformę widokową, jaką w życiu widziałam. Ogromny taras jest na bardzo dużej powierzchni dachu terminalu. Jak tylko przejdziesz przez drzwi prowadzące na taras, z nagła ogłusza Cię ryk silników odrzutowych, które pracują tuż obok platformy. Setki (!) samolotów, w tym ćwiartka to niebieskie KLM albo się tankują, albo boardują, albo kołują, albo startują! Co minutę startuje samolot na jednym z dwóch pasów startowych, na które jest widok z tarasu widokowego. Kocham samoloty a każde oderwanie się od ziemi metalowego giganta postrzegam jako cud natury, więc spędziłam na tarasie dobre 40 minut. 



Dobra, lecę, bo mój gejt F6 zaraz otwierają (już zdążyłam się zorientować, że polecę w towarzystwie przede wszystkim Chińczyków). Odezwę się za jakąś dobę.

niedziela, 20 października 2013

No i jest. To uczucie...

... gdy nie możesz spać, bo jeszcze nie wyleciałeś, a Twoja przygoda już zaczęła drążyć każdą komórkę ciała. Sieki na to mówią zawsze Reisefieber. Nie mogę spać, chociaż warto by było się położyć, bo o 3:00 pobudka - już o 4:00 chcę być na lotnisku, żeby załatwić checkin, którego nie udało mi się zrobić online z powodów nie do końca znanych nawet KLM-owskiej obsłudze klienta (patrz moja sympatyczna rozmowa z KLM na Fejsbuniu). Ponieważ już dwa razy w historii KLM wzbogacił moje wakacje sensacyjną wiadomością, że nie ma mnie na liście pasażerów i to na pół godziny przed boardingiem, wczesne pojawienie się na lotnisku jest całkiem spoko pomysłem :).

Także tego. No pójdę spać. Może wezmę aviomarin, którego mam trzy paczki, bo jak wiadomo, aviomarin to lek na wszystko, a na bezsenność zwłaszcza. Dobranoc!

Otwieram cykl fotek z rąsi ;). Tu tuż przed rearanżacją bagażu w pokoju hotelowym na Okęciu.


Post scriptum: hotel Gromada Airport jest może taki se, wali stęchlizną troszkę, ale i tak spodziewam się, że to najlepszy płatny nocleg w całym moim trzytygodniowym rozbijaniu się po chińskich miastach, wsiach i dworcach. Dlatego gardzę negatywnymi opiniami o nim na Foursquare.




sobota, 19 października 2013

Co jest najważniejsze, gdy podróżujesz do Chin

Mam w domu dwa przewodniki po Chinach - Pascal i całkiem nowy Lonely Planet. I w obu absolutnie w sprzeczności z logiką informacje praktyczne dotyczące pieniędzy znajdują się gdzieś po prawach lesbijek i przepisach celnych. Już na obozach harcerskich (na które jeździłam na krzywą paszczę, bo harcerką nigdy nie byłam) uczyli nas, że najważniejsze do przetrwania w podróży są nie koce i menażki, nie buty i nie polary, ale pieniądze właśnie. 

W przypadku mojej chińskiej wycieczki oprócz kasy rzeczą przenajświętszą i wymagającą szczególnej opieki jest paszport z wizą w środku. W Chinach paszportu potrzebujesz na każdym kroku - w hotelu, hostelu, kantorze, na lotnisku, przy kupowaniu biletów na pociąg... Przynajmniej tak było kiedyś i jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by coś się w tej kwestii zmieniło.

Ale kasa moim zdaniem w piramidzie podróżniczych potrzeb Maslowa jest bazą, na której polega wszystko inne. Poczytałam tu i tam i postanowiłam wziąć solidny zapas gotówki na wypadek, gdyby bankomat Bank of China nie raczył odczytać mojej karty albo przyjąć PIN-u. W takiej smutnej sytuacji wolałabym nie szukać na gwałt jakiejś roboty hostessy - nie dlatego, że gardzę taką robotą, bo wręcz przeciwnie, działa to bardzo budująco na moje ego, ale dlatego, że mam i tak już zbyt napięty plan podróży. 

Zabieram ze sobą Euro, bo ma najkorzystniejszy kurs w Chinach. Państwo Środka jest pod względem wymiany pieniędzy bardzo fajne - wszędzie masz dokładnie ten sam, centralnie zatwierdzony, kurs walut. Więc nie trzeba trudzić się poszukiwaniem kantoru z najkorzystniejszym kursem, tylko wbijasz do pierwszego lepszego banku, pokazujesz paszport, dają Ci yuany i świstek, który koniecznie trzeba zachować na zaś - jakby nieoczekiwanie zostały mi po podróży jakieś yuany, to będę je mogła przerobić z powrotem na Euro tylko za okazaniem tego świstka.

Ale taka kasa w gotówce, to oczywiście schiza. Ja jestem jedną z tych osób, które nosząc 200 złotych w portfelu mają wrażenie, że są obserwowane, że ktoś za nimi idzie, a z nieba drony wynajęte przez mafię robią im zdjęcia. Więc znowu ilość gotówki nie może być za duża, bym nie popadła w manię prześladowczą. 

Więc nasuwa mi się takie pytanie do szanownych osób czytających: gdzie trzymać kasę podczas podróży?


Tak na dobrą sprawę do Chin mogłabym pojechać wyłącznie z sianem i paszportem, w imię idei “po co wozić drewno do lasu”. Przeca wszystko (może oprócz dezodorantu, bo ten wynalazek Chińczykom jest nieznany) można kupić na miejscu! Od skarpetek, poprzez kurtkę North Face’a, która “wypadła z kontenera” (polecam) aż po srajfona kupisz w chińskim mieście bez żadnego problemu. Z czystej ciekawości rzuciłam okiem na metki rzeczy, które biorę ze sobą. 

Plecak: kraj pochodzenia Chiny
Bielizna i skarpetki: made in China
Telefon: made in China
Komp: designed in California, assembled in China
Przenośna ładowarka do komórki: made in China
Ręcznik szybkoschnący: made in Marocco. 

I tym optymistycznym afrykańskim akcentem zamykam wywód, bo czas zacząć pakowanie na dobre!

piątek, 18 października 2013

Poskramianie różnicy czasu

Ogłaszam dwudniowe antycypacyjne zwalczanie dżet laga. Dobranoc!

wtorek, 15 października 2013

Szczyt fartowności

Na samym początku września 2007 poszłam po raz pierwszy na zajęcia na Yunda, czyli Uniwersytecie Yunnańskim. Przyszłam jakoś wcześniej, usiadłam w ławce i przyglądałam się innym studentom, którzy pojawiali się w sali. Najpierw salę zalali sami Azjaci, później przyszło jakiś dwóch blondynów, z których jeden, zwany później nie bez kozery Frenchy zagaił do mnie sympatycznie. Na samym końcu, niemal karygodnie się spóźniając, nadeszła następna dwójka przedstawicieli rasy kaukaskiej - ona i on.

Od razu wzbudzili moje zainteresowanie. Po prostu rzucała się w oczy ich słowiańskość. Wiecie, na takie rzeczy ma się czuja - jedziesz gdziekolwiek, patrzysz i wiesz od razu, że ktoś jest z naszej części świata. Gdyby nie to, że właśnie zaczynałam studia na uniwerku w mieście na końcu świata, tak bardzo na końcu świata, że sami Chińczycy myślą, że najważniejszym środkiem komunikacji w Kunmingu są słonie, i gdyby nie fakt, że nim przyszłam na zajęcia, nie widziałam w mieście żadnych białasów, i gdyby nie fakt, że Yunda to ogromny uniwerek, pomyślałabym, że to Polacy. 

Uciążliwe zajęcia, które, o ile dobrze pamiętam, utwierdziły mnie w przekonaniu, że nigdy nie nauczę się mandaryńskiego, skończyły się w końcu, a ja zaczęłam pakować manatki. I nagle usłyszałam nad sobą "Cześć, jesteś Marta?". Po polsku!

To była Honoratka. Okazało się, że jej chłopak też jest Polakiem i ma na imię Bartek. Podeszli do mnie bo... jakoś tak polsko im wyglądałam. Oni mieli przewagę nade mną taką, że wiedzieli o moim istnieniu, bo podczas zapisów na zajęcia rzucili okiem na jakieś papiery leżące na biurku w administracji i dostrzegli, że jest jedna Polka na uniwerku oprócz nich, że ma na imię Marta i chyba nawet moje łyse zdjęcie tam zobaczyli (wówczas gustowałam w krótkim owłosieniu głowy). 

Tak poznałam ludzi, którzy byli mi najbliższą rodziną przez równy rok. 

Jakimś zupełnie cudownym zbiegiem okoliczności w tym samym czasie, gdy ja będę w Chinach, do Pekinu zawita Honorata. Nie widziałyśmy się w Polsce praktycznie od powrotu z Chin w 2008 i teraz spotkamy się po latach w Chinach.

Jestem szczęściarą. Jestem na maksa. 
I mam nadzieję, że ta passa będzie miała swoją kontynuację w najbliższej przyszłości. Amen.


Honorata, Bartek i ja, wrzesień 2007

Szaleństwo w sklepie z akcesoriami dla chińskich lasek
Lans w lokalnych strojach ludowych na szkolnej akademii - Kobieta Kura i Kobieta Wazon



niedziela, 13 października 2013

Przekąska pobudzająca apetyt

Pierwsza formalność, jaką musisz załatwić, decydując się z nienacka na dłuższy wyjazd gdziekolwiek, to urlop. Z tym nie było problemu - prawo pracy szczodrze przewidziało dla mnie jeszcze 19 dni urlopu w tym roku, a władza zwierzchnia wykazała się sporym zrozumieniem dla idei odpoczynku. Jako bonus do mojego urlopu dokleiły się jeszcze dwa święta: kościelne (1 listopada) i narodowo-cukiernicze (11 listopada). Trochę żałuję Rogali Świętomarcińskich, ale co tam - najwyżej zjem sobie je kiedyś nie w porę. 

Druga formalność, jaką musisz załatwić, decydując się z nienacka na dłuższy wyjazd do Chińskiej Republiki Ludowej, jest wiza. I nad tym zagadnieniem chciałabym się tu i teraz pochylić, gdyż jest to zagadnienie złożone oraz tragikomiczne.

Po pierwsze - trzeba wypełnić formularz, zwany wnioskiem wizowym. 
Wrzucam link nie bez powodu - odnalezienie wniosku na stronie internetowej ambasady nastręczyło mi nie lada trudności. Warto jednak wejść także sobie na stronę ambasady chińskiej w Warszawie w celach wyłącznie estetycznych. Proszę bowiem zwrócić uwagę na nagłówek tejże strony i zestawienie bramy Zakazanego Miasta z zamkiem w Malborku. Czyli exsiedziby cesarzy Chin z exsiedzibą mistrzów zakonu krzyżackiego. Gdy to zobaczyłam, zrozumiałam, o co chodzi z emotką o.o. Bo moja twarz musiała wyglądać analogicznie. I przypomniało mi się, że "to óczucie" na facjacie w Chinach ma się co rusz... Tak wiele nieoczywistości w Chinach czyha na białasów aka 老外. Potraktowałam więc dizajn strony ambasady jako zajawkę tego, co mnie dalej czeka i zaczęłam jeszcze bardziej emocjonować się odkryciami antropologicznymi na miarę Bronisława Malinowskiego.

Do poczynienia tychże jednak potrzebna jest wiza, i wracamy do smutnego tematu papierologicznego. Wniosek wizowy nosi kilka znamion zasadzki. Na przykład trzeba podać swój i swoich rodziców wykonywany zawód. Niby niewinnie, ale jakoś tak smutno wystają na końcu niczym zasieki z drutu kolczastego znaczki reprezentujące NGO'sy, księży czy przedstawicieli mediów. Jest też dział, w którym musisz przedstawić cały swój plan podróży w Chinach. Daty + dokładny adres, gdzie będziesz wtedy przebywać. W Chinach rzeczywiście jest tak, że obcokrajowcy muszą się na każdym kroku meldować (w praktyce to hotel odwala całą papierkową robotę i donosi milicji, że się pojawiłeś), ale wypełnianie tej części wniosku jakoś przywodzi mi na myśl szpiega z krainy deszczowców, który jeździ za mną 5 km/h czarnym Volkswagenem Santaną, gdy spaceruję po chińskim parku. Gdy się jedzie z plecakiem z planem podróży mocno nieokreślonym, ten punkt we wniosku wizowym osobom mniej kreatywnym nastręcza sporo problemów. Gdzieś pod koniec całego formularze jest jeszcze jeden kruczek - bezwzględnie trzeba się wyrzec wszelkich schorzeń psychicznych (totalnie wbrew europejskiemu paradygmatowi romantycznemu!!!!) i chorób zakaźnych. 

Po drugie - wskazane jest złożyć wniosek wizowy.
Teoretycznie każdy, kto chciałby otrzymać taką chińską wizę, powinien osobiście udać się do ambasady chińskiej w mieście stołecznym Warszawa, by osobiście złożyć wniosek wizowy, a następnie po kilku dniach przyjechać znowu, by osobiście odebrać paszport z wizą. Ale są też takie firmy, które oferują usługę załatwienia tego wszystkiego za ciebie. Na przykład WizaCenter. Cena usługi to koszt wizy + na tę chwilę 85 zł za wyrobienie wizy w trybie normalnym (są też ekspresowe). Do tego trzeba sobie doliczyć koszty przesyłki paszportu i podpisanych dokumentów do pośrednika. Czyli wychodzi jakieś 120 złotych.

Ja postanowiłam jednak poradzić sobie sama, a właściwie z pomocą przyjaciół. Błąd.
Złożenie papierów poszło gładko, ale owa gładkość była tylko i wyłącznie efektem szczęśliwego zbiegu okoliczności, dzięki któremu udało mi się stworzyć międzymiastową sztafetę: ja - kolega z pracy - drugi kolega z pracy - kolega ze studiów - konsulat. Papiery dotarły szczęśliwie do konsulatu tuż przed Chińskim Świętem Narodowym (rocznicą ustanowienia ChRL), które Chińczycy obchodzą bity tydzień. Tak więc pozostało mi czekać cierpliwie, mając nadzieję, że się wyrobią przed moim wyjazdem.

Po trzecie - należy odebrać paszport.
Odbiór wizy okazał się dużo trudniejszym przedsięwzięciem logistycznym niż złożenie wniosku. Po prostu zabrakło już tych wszystkich sprzyjających okoliczności i mimo bardzo dobrych chęci wszystkich krewnych i znajomych musiałam wybrać się do Warszawy osobiście. W drodze do jechałam tanią TLK-ą, gdzie nie było już miejsc siedzących. W drodze z Warszawy jechałam drogim Intercity, gdzie nie było miejsc siedzących. Natomiast sam konsulat przy ambasadzie... No bajka, legenda, przecieranie oczu. Poszłam godzinę przed otwarciem konsulatu na Wałową, a tam.... coś takiego. Kulturalny ogonek, złożony w dużej mierze ze stołecznych biznesmenów uwikłanych w jakieś chińskie joint venture, ciągnął się na jakieś 400 metrów. Ale żadnych negatywnych emocji nikt nie przejawiał, wręcz przeciwnie, walory społecznościowe kolejka miała większe niż cały facebookowy time line czy news feed. 3,5 godziny stałam w kolejce, spożywając żelki (częstowałam też biznesmenów, ale grzecznie dziękowali), udzielając się w rozmowach o chińskich przekąskach ulicznych, podziwiając zza płotu życie na terenie ambasady (uwidaczniające się w wyrwaniu trzech rzepek z ambasadowego ogródka przez przedstawiciela rasy Han) oraz czytając książkę (o której napiszę w innym odcinku).

Przeklinałam się trochę za nie skorzystanie z usług pośrednia, bo musiałam wziąć wolne w pracy, wydać siano na pociągi bez miejsc siedzących i stać 3,5 h w kolejce (auuuuuu, moje kolana), a moje przekleństwa zyskiwały na decybelu, gdy z budynku konsulatu wychodził typ z setką paszportów w siatce, prawdopodobnie taki pośrednik właśnie. Ale ten ból oczekiwania pod płotem zniknął natychmiast, gdy tylko stanęłam pod okienkiem w konsulacie. Okienko jest z przydymionego szkła i ledwo widać, kto jest po drugiej stronie. Podeszłam więc i z nadzieją na pogadanie po chińsku rzekłam "Nin hao". Moja uprzejmość spotkała się jednak z gburowatym "Quzheng dan!", co w wolnym tłumaczeniu oznacza "Dawaj papiur!". Dałam więc papiur, a urzędniczka bez słowa rzuciła do szpary na dokumenty mój paszport. Wzięłam więc paszport i odeszłam. A jaka radość mnie przepełniała! Nie tylko dlatego, że w paszporcie znalazłam nowiusieńką wizę z Wielkim Murem, ale też dlatego, że po raz pierwszy od kilku lat zetknęłam się z urzędem chińskim, który ponura urzędniczka uczyniła jeszcze bardziej chińskim! Od razu przypomniały mi się wszystkie chwile spędzone w bankach, na poczcie, na policji, gdzie urzędnicy swoim stylem bycia mogliby robić za chłodziarko zamrażarki.

Ta osobista wizyta w ambasadzie stała się taką zakąską, która pozwala Ci poczuć smak potrawy, ale nie eliminuje poczucia głodu, a wręcz je wzmaga. No to jadę! Jeeeeej!



piątek, 11 października 2013

OdLotowe zakupy bez SWOT

No dobra, przyznam się. Zdarza mi się przewijać bezmyślnie i bez końca stronę główną na Facebooku. Wam też? Uroczo, to wiecie, jak bardzo jest to frustrujące. Bo albo ludzie wrzucają zdjęcia z wakacji  w ciepłych krajach (tak, ja już zapomniałam o moich wakacjach, jest mi zimno i a wyrażenie Daleki Wschód kojarzy mi się z Warszawą), albo filmiki jakieś z kotami (nie chce mi się oglądać, bo za długo się czeka na puentę), albo znowu widzę reklamy kredytów, albo smutne psy szukają domu (a ja oczekuję od Facebooka szybkiej rozrywki). 

No trudno, czasami trzeba zacisnąć zęby i się zmusić. I przewijać te za przeproszeniem pierdóły.

Taki masochizm uprawiałam sobie rozkosznie w sobotę dwa tygodnie temu, w godzinach wieczornych. Przewijam, przewijam, przewijam, przewijam. Przewijam. Klikam lajka. Przewijam, przewijam.

A tam, mości Państwo, nagle ni z gruchy ni z pietruchy, niejakie Fly4free obwieszcza, iż loty do Pekinu, Hong Kongu i Szanghaju jedyne 1500 złotych polskich kosztują. W dwie strony. Alians KLM + Air France + China Southern takie cuda ogłosił.

Trzy minuty później rozmawiałam z zaprzyjaźnionym ekspertem ds. połączeń lotniczych wszelakich, uzależnionym od latania Panem OdLotów o wiarygodności oferty, 5 minut później Pan OdLotów zakupił dla mnie bilet do Pekinu (bo tam jeszcze nie byłam).

W tym momencie zaczęło się spełnienie moich marzeń, ucieleśnionych w założonym rok wcześniej koncie oszczędnościowym o fikuśnej nazwie "Chiny 2013". Na totalnym spontanie, w pewien wieczór, dzięki Facebookowi. 


Ale tak naprawdę cały czas na coś podobnego liczyłam, bo moje konto oszczędnościowe, przeżywając swoje wzloty i upadki, nie było przygotowane na żadną pełnowymiarową wycieczkę po Chinach. Bilety do Chin w normalnych okolicznościach przyrody kosztują w okolicach 2700-4000 PLN (w zależności od linii i tego, gdzie chcesz lecieć), przy czym najtańszy Aerofłot w opowieściach moich znajomych przedstawiany był jako miejsce akcji najczarniejszych koszmarów. 

W przypadku promocji z Fly4Free rodem zawsze trzeba mieć szybki refleks. Niekoniecznie aż tak szybki, jak ja. Ale takie promocje szybko zapełniają samoloty.


Jeżeli mam być szczera, a nie widzę, powodów, by nie być, to muszę się do czegoś przyznać. Generalnie, to jestem tchórzem. Samodzielne podejmowanie decyzji ważnych i poważnych, zwłaszcza tych związanych z pozbywaniem się siana, jest dla mnie tyleż emocjonujące, co stresujące. Więc pewnie spuściłabym na promocję na Fly4Free zasłonę zapomnienia i ignorancji, jak już kilka razy czyniłam. Gdyby nie opowieści pewnego niezwykłego Pana Zakręta. Otóż Pan Zakręt wyznał mi dosłownie kilka dni wcześniej, że chce urządzić sobie prawie roczną podróż po Azji. Taki "gap year", jak mówią ciotki z Ameryki. I przedstawił mi plan, jak zamierza to marzenie zrealizować. Konkretny plan, z pełną logistyką. I okazało się, że wszystko, co Pan Zakręt robi - czy to zawodowo, czy na polu naukowym, czy sportowym, czy hobbystycznym - jest podporządkowane właśnie temu celowi w sposób równie misterny, jak układanki Kevina Samego w Domu mające wykończyć dwóch gachów spod ciemnej gwiazdy. W tym momencie pozazdrościłam Panu Zakrętowi ze wszystkich sił, że wszystko w jego życiu jest tak wypchane sensem. No bo przecież jakże fajnie się coś robi, gdy widzisz gdzieś tam na końcu tego wszystkiego coś tak kapitalnego, jak spełnienie marzeń!

Więc zadałam sobie pytanie, co jest moim marzeniem i z prostotą na miarę filozofii dalekiego wschodu odpowiedziałam sobie, że jedno z nich to właśnie powrót do Chin. Na chwilę choć. I zjedzenie sobie nudli 炒面 na chińskiej ulicy, pogadanie po chińsku, nazwanie kierowcy taryfy mistrzem czyli 师傅, zachwycanie się nielicznymi chińskimi 帅哥... Jest w cholerę powodów, dla których chciałabym tam pojechać (no dobra, najważniejszym jest jedzenie).

Nie chcę uderzać w patetyczną nutę, ale... jeżeli wiesz, że czegoś chcesz, to po co się zastanawiać, radzić innych, robić analizę SWOT, czekać na następny dzień? Ze spełnianiem marzeń jest troszkę jak z miłością - albo jesteś gotowy na największe szaleństwa, albo to nie jest to. 

Mając w głowie powyższe, zainspirowana Panem Zakrętem kupiłam bilet. Więc 21 października lecę. Więc Pekin, Wielki Mur, Mandżuria... Może morze? 
I tu dopiero zaczyna się przygoda. Noclegi, wizy, lekarze, zakupy, ubezpieczenie, skołowanie kasy...

Ale o tym, mili Państwo, w następnym odcinku.

czwartek, 10 października 2013

Cho do China - nowa nazwa, wszystko nowe

- Cho do kina! - napisałam któregoś dnia wiadomość do znajomego, nazwijmy go K. (K. pozdrawiam Cię!).

K. jest autorem inicjatywy, która kręciła się w Poznaniu kilka lat temu, w czasie mniej więcej pokrywającym się z rozkwitem w naszym kraju portalu społecznościowego Facebook. Inicjatywa miała na celu urządzanie bardziej lub mniej prywatnych spędów ludzkich w kinach i konsumpcję dóbr kinematografii w zacnym towarzystwie. I nazywała się "Cho do Kina". I mimo, że "Cho do Kina" obumarło, a stosowny fan page na Facebooku pokrył się kurzem, to hasło "Cho do kina" nadal jest kultywowane. A i tym razem idealnie nadawało się do sytuacji.

- Cho do kina! - namawiałam więc K.

A że ten apel nastąpił po uprzedniej dyskusji o tym, że jadę do Chin za dwa tygodnie i że Chiny to ziemia obiecana, w odpowiedzi przyszło:

- Chyba "Cho do China!".

No i uległam.
Tym samym K. stał się także autorem nowej, dalekowschodniej inicjatywy, której będę wykonawcą. I aby uczcić fakt ten, zmieniłam nazwę bloga, licząc na sławę, pieniądze i liczne możliwości pisania tutaj o Chinach częściej niż co 5 lat. Amen.

Ten obrazek pojawił się w wynikach wyszukiwania Google na frazę "Cho do China",
więc ewidentnie zasłużył, by go tu wlożyć.


poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Jak w Chinach zorganizować legalną demonstrację

Zapraszam serdecznie na stronkę gazety.pl, gdzie znajduje się artykuł napisany przez kolesia, usiłującego zorganizować demonstrację przeciw rowerom w Pekinie. Rewelacyjnie to ilustruje chińskie nastawienie do obcokrajowców.
BTW dzisiaj mój brat (którego serdecznie pozdrawiam) zadał mi pytanie: czułaś się tam inwigilowana w tych Chinach? Moja odpowiedź: jasne, gdy się szło do kafei internetowej, trzeba było zostawić paszport... W ten sposób ONI dokładnie wiedzieli na jakie zakazane stronki chciałeś wejść (ale ci się nie udało, bo wszystko, co wywrotowe, na przykład Wikipedia albo YouTube, jest w Chinach blokowane) i już więcej w ten sam paszport wizy z murkiem chińskim Ci nie wkleją....

niedziela, 24 sierpnia 2008

Olimpijsko

Dzisiaj w Trójce, jak w każdą niedzielę z rana, Tanie Granie. Grzegorz Wasowski: "Oglądam boks na olimpiadzie właśnie. Oglądam, bo trzeba kibicować naszym. Nasz to Irlandczyk, nie nasz to Chińczyk".

poniedziałek, 21 lipca 2008

sobota, 19 lipca 2008

wtorek, 15 lipca 2008

Dedykuje Wywloce, buldozycy, K., wariatce.

... te piosenke. Jednego z moich ulubionych bendow. Prosze panstwa, Archive, Fuck you:

There's a look on your face I would like to knock out
See the sin in your grin and the shape of your mouth
All I want is to see you in terrible pain
Though we won't ever meet I remember your name
You`re a scum, you're a scum and I hope that you know
That the cracks in your smile are beginning to show
Now the world needs to see that it's time you should go
There's no light in your eyes and your brain is too slow
Bet you sleep like a child with your thumb in your mouth
I could creep up beside put a gun in your mouth
Makes me sick when I hear all the shit that you say
So much crap coming out it must take you all day
There's a space kept in hell with your name on the seat
With a spike in the chair just to make it complete
When you look at yourself do you see what I see
If you do why the fuck are you looking at me
There's a time for us all and I think yours has been
Can you please hurry up cos I find you obscene
We can't wait for the day that you're never around
When that face isn't here and you rot underground
Can't believe you were once just like anyone else
Then you grew and became like the devil himself
Pray to god I can think of a nice thing to say
But I don't think I can so fuck you anyway

Decydujace starcie

I oto nastal ten dzien.... Dzien niepodleglosci. I zaglady. I armageddonu. I apokalipsy.
Ale ze nie spalam snem kamiennym, tak jak bym sobie tego najuprzejmiej od niebios zyczyla, totez zalegalam w lozku dosc dlugo, by odpoczac. W koncu smignelam do hotelu, bo telefon mi sie rozladowywal, gdyz, jak wiadomo, moj dobytek, w tym ladowarka, znajdowal sie nadal gdzies w mieszkaniu Wywloki. A w hotelu kazdy ma komorke firmy Nojiya (Nokia), wiec moglam sie podlczayc i zaczac wydzwaniac do ambasady.

Nikt przez godzine nie odbieral. To znaczy odbieral jakis pan, nagrany na jakas maszyne, mowiacy w trzech jezykach, ze dodzwonilam sie do Ambasady RP w Pekinie i ze mam poczekac na zgloszenie sie operatora. Dzwonilam tam tyle razy i tak dlugo czekalam na zgloszenie sie nieistniejacego operatora, ze w koncu wyczerpala mi sie swiezo naladowana karta w telefonie i musialam wyskoczyc na ulice, zeby doladowac sobie konto jeszcze raz. W koncu, zdesperowana, poprosilam Bartosza (ktory za bardzo nie mial przeciez czasu, poniewaz wlasnie dokonywal cudu pakowania swojego dziesieciomiesiecznego dobytku do jednej walizki, gdyz nazajutrz mial opuscic miasto Kunming), by sprawdzil, czy przypadkiem w swojej poczcie elektronicznej nie ma jakiegos maila z ambasady, w ktorym bylaby stopka i jakies inne numery telefonu niz ten odsylajacy do maszyny odsylajacej do operatora, ktory najwyrazniej postanowil akurat dzisiaj zrobic sobie urlop.

Bartosz znalazl dwa numery wenterzne: do Endriu (kolesia odpowiedzialnego za nas, studentow polskich w Chinskiej Republice Ludowej) oraz do szefa wydzialu konsularnego. Szef wydzialu konsularnego - to brzmialo jak zbawienie. Wiec zaczelam wydzwaniac, ale gdzies tam na drugim koncu kabla pipczylo tylko monotonnie. Wiec jedyna opcja, jaka mi jeszcze pozostala to proba dodzwonienia sie do Endriu. I.... wooooow, naprawde sie dodzwonilam. Tak sie temu zdziwilam, ze az sie zapomnialam przedstawic. Kazdemu zdarza sie czasem popelnic faux pas, nieprawdaz. Powiedzialam mu, po co dzwonie i ze nie moge sie do konsulatu dodzwonic, wiec dzwonie do niego, a on mi na to, ze przekaze kolezance z wydzialu konsularnego, jak tylko wroci ona z lunchu, bo jest wlasnie pora lunchu i nikogo nie ma w placowce i nie bedzie jeszcze przez poltorej godziny. Aha.

Podziekowalam bardzo bardzo i zaczelam czekac.

Czekanie urozmaicila mi najpierw Wywloka, od ktorej dostalam ni z gruchy ni z pietruchy takiego oto esemesa:

Zwykle ludzie, ktorzy nie placa rachunkow, staja przed sadem. Nie kombinuj, ja wiem lepiej, jak prawo dziala w Chinach. Polacy tez musza postepowac zgodnie z prawem!

Potem zrobil to Bartosz, ktory chcial natychmiast odpisac cos sarkastycznego (nie pamietam juz niestety co, a bylo to dobre, w stylu Bartosza bardzo).
A nastepnie Agnieszka, ktora wlasnie wparowala do hotelu jak burza, wreczyla mi papierowa torbe z ciastkami z JUST HOTA, ktore natychmisat pozarlam, nie pytajac nawet obecnych (Agnieszka) ani pol-obecnych, bo pakujacych swe manatki (Honorata i Bartosz), czy chcieliby tez skosztowac.
Jak sie ma problemy i przyjaciol to jedna zaleta jest to, ze przyjaciele chuchaja na ciebie i dmuchaja i nie maja Ci za zle, jezeli zjesz wszystko to, co mialo byc do jedzenia dla kilku osob.
Przy okazji dowiedzialam sie, ze na sytuacje stresowe reaguje jedzeniem a nie glodowka. W ten sposob powitalam na moim ciele w tym tygodniu dodatkowe cztery kilogramy (nie mam pojecia, jak to jest mozliwe).
Czekalismy, czekalismy, az tu nagle zadzwonili z jednej z licznych agencji modelek, z ktorymi wspolpracowalam, ze chcieliby bym przyszla do nich do biura, jezeli moge. Wiec wzielam Agnieszke, profesjonalna modelke, podobnie jak ja i poszlysmy do agencji modelek, zeby sie rozerwac. Po drodze jednak uznalam, ze ja jestem nadal glodna i wstapilysmy na chaomiana. I wlasnie w muzulmanskiej budzie z chaomianem (smazonym makaronem) odebralam telefon od PANI KONSUL.

Od razu sie zakochalam w tym glosie. Glosie twardej babki. Ktora najpierw mnie wysluchala, nie przerywajac mi (jak ten cham dnia wczorajszego, ktory powiedzial mi, ze ambasada juz nie pracuje, prosze zadzwonic jutro), a potem rzeczowo i konkretnie poradzila mi najpierw poinformowanie Wywloki, ze moja ambasada poradzila mi zglosic na policji kradziez, a potem rzeczywiscie isc na policje. W razie problemow z dogadaniem sie, mialam dzwonic bezposrednio do pani konsul na komorke. Pani kosnul wyrazila tez ubolewanie, ze tak daleko jest ode mnie, bo osobiscie by ze mna poszla na posterunek, a tak bedzie mogla tylko mnie wesprzec telefonicznie w razie czego. Uslyszalam zyczenia powodzenia, podziekowalam i rozmowa sie zakonczyla, wnoszac odrobine pozytywnej energii do tej calej akcji. Pani konsul absolutnie rzadzi i wymiata.

Napisalam esemesa do Wywloki, ze ja informuje, ze Ambasada RP w Pekinie udzielila mi wsparcia. Nie dostalam odpowiedzi. I dobrze.

Skoczylysmy z Agnieszka zwawo i hyzo do modelingowej agencji na minute doslownie i ruszylysmy do szkoly mojej, by zwerbowac na wyprawe na policje moja nauczycielke Cai laoshi. Zeby nie uderzac z zaskoczenia, wstepnie przedzwonilam do Cai, zeby jej zrelacjonowac, co wspaniala polska konsul mi powiedziala. Cai laoshi powiedziala, ze ok, trzeba faktycznie pojsc na policje. Ale ona zawola He laoshi (znana z innego posta Rzeke, ktora nie chciala mi pozyczyc trzech patykow) i He laoshi ze mna pojdzie. I zakonczyla rozmowe, a mi znowu sie zbieralo na lzy... Tylko nie He laoshi! Skandal! W mocno bojowym nastroju weszlam w towarzystwie Agnieszki na szkolny dziedziniec z postanowieniem odrzucenia wszelkiej pomocy He i powiedzenia, co o jej pomocy dnia poprzedniego mysle. I poproszenia Cai, zeby to ona ze mna poszla na policje.

Ale jak sie okazalo, He sama zrezygnowala z pomocy mi. Zamiast niej przyszedl sam dziekan, Yang laoshi. Yang laoshi nic nie wiedzial o sytuacji, ale za to jego angielski jest wysmienity i nie musialam po raz kolejny sie silic na wyjasnienia po chinsku. To Agnieszka ze swoim boskim angielskim opowiedziala dziekanowi wszystko, ja dodawalam kolejne watki i w ten sposob dziekan wiedzial wszystko, niemal dokladnie tak, jak ja to tutaj opisalam, nie wylaczajac z tego esemesa o sadzie, ktorego od wariatki dostalam rano.

I ruszylismy we czworke: dziekan, jeszcze jeden nauczyciel (ktorego rola ograniczala sie do przydupasa, ale i tak jestem wdzieczna za te obstawe niesamowicie), Agnieszka i ja. Udalismy sie taryfa (za ktora dziekan nie pozwolil mi nawet zaplacic!) do wlasciwego dla mojego miejsca zamieszkania posterunku policji. Na miejscu zajal sie nami bardzo bardzo kumaty oficer w cywilu (od razu mi sie skojarzyl z Bobem, moim rodzinnym kryminalnym i jakos tak swojsko sie zrobilo), wysluchal calej opowiesci wygloszonej pieknie przez dziekana, zadzwonil po Wywloke i.... nie chcial juz tak bardzo ogladac mojej wizy! Po raz pierwszy poczulam, ze nie jestem tam tylko obcokrajowcem, potencjalnie nielegalnie przebywajacym na terytorium Chin, ale branym na powaznie petentem, czy jak sie klient policji nazywa.

Wywloka pojawila sie w koncu, w towarzystwie Szkotki z Radomia, Szkota z Radomia poszla obok zalegalizowac swoj pobyt, a my do sali konferencyjnej, gdzie przy ogromnym stole po jednej stronie zasiadla moja banda, po drugiej Buldog (wszyscy odwracali wzrok, zeby nie musiec narazac sie na estetycznie niemile doznania, procz nieustraszonej Agnieszki, gapiacej sie Wywloce prosto w ten jej pysk), a u szczytu stolu pan policjant. I zaczely sie.... negocjacje! Policjant uznal, ze mozemy jeszcze ta sprawe ciagnac tygodniami, jezeli ja chce, ale jezeli nie chce, to lepiej zebym zaplacila. Znowu moja wymieta umowa nie wbudzila zadnego zainteresowania, chociaz tym razem zarowna ja, jak i Agnieszka twardo wysuwalysmy ja jako argument. No coz, dziwne, moze w tym kraju tak juz po prostu jest.... No to ja juz stwierdzilam, ze okej, ze ja juz wole zaplacic i miec juz raz na zawsze z glowy te babe. Agnieszka jednak zaczela rozmawiac do Wywloki (oczywiscie na modle sarmacka, po szlachecku), ze absolutnie niedopuszczalne jest, by Marta placila za remont mieszkania Wywloce, wiec ona, Agnieszka, rzada dla Marty (zabrzmialo prawie jak "mojej klientki") obnizenia tej kwoty, ktora Marta ("moja klientka") musi zaplacic za cos, czego nie zrobila tylko dlatego, ze nie ma juz czasu na zabawy w detektywa.

Powiedzialam, ze zaplace 1200, bo wiecej nie mam. Wywloka przystala na to (lepszy rydz niz nic, mowi na ten temat polskie przyslowie) oraz postanowila zachowac depozyt. Na rachunki, ktorych nie placilam. Policjant napisal pismo, na ktorym ja zobowiazalam sie do zaplacenia 1200 RMB, gdy tylko Wywloka pozwoli mi na wziecie z bagazu mojej karty bankomatowej, ona sie zobowiazala do oddania mi bagazu po zaplaceniu tej kwoty i obie zobowiazalysmy sie do zaprzestania jakichkolwiek roszczen wobec siebie nawzajem bezposrednio po odzyskaniu przeze mnie moich rzeczy.
Wywloka na koniec wyglosila pod moim adresem oslawione w calym Kunmingu juz zdanie: "Jezeli napiszesz cos o mnie na blogu, pozwe Cie".
Jakze bym smiala.
Podpisy, odciski palca (takie sa w Chinach formalnosci, ze trzeba przy kazdym podpisie zostawiac odcisk kciuka), dowidzenia.

I w ten sposob w koncu odzyskalam moje rzeczy. Hurra. Zapomnijmy juz o tym drobnym fakcie, ze musialam je wykupic, za przyzwoleniem wladzy z reszta.
Tego dnia wieczorem Oskar polecial do Tajlandii.

A ja poszlam spac. Bardzo dawno juz nie spalam.
Nastepnego dnia zapadlam na grype.
Ale bede zyla dlugo i szczesliwie. Jak zwykle.

Czas pomyslec nad zemsta.....

Srutututu majtki z drutu

Po tym, co sie wydarzylo w poprzednim odcinku generalnie poczulam sie beznadziejnie, wiec udalam sie do kultowego hotelu, gdzie mialam nadzieje spotkac kogokolwiek. I tak wpadlam do pokoju Honoraty i wybuchnelam jej histerycznym szlochem prosto w kolnierzyk bluzeczki. Mniej wiecej sekunde pozniej zadzwonil moj telefon. Jak zwykle bywa w sytuacjach stresowych, telefon byl moim wrogiem i nie chcialam nawet sprawdzac, kto dzwoni, ale w sumie mogl to byc ktos mily, pragnacy mi uswiadomic, ze jest przeciez takie a takie rozwiazanie tej calej sytuacji groteskowej. I podnioslam.... A tam glos Taty, ktory dzwonil w sumie po to, zeby mnie poprosic o przeslanie skanu swistka nadania paczki, ktora wyslalam juz miesiac temu, a jeszcze nie doszla do domu byla... W takim stanie, w jakim ja sie znajdowalam, na glos Taty mozna zrobic tylko jedno - zaczac jeszcze bardziej dramatycznie szlochac. Wyluszczylam Tacie, zanoszac sie placzem, historie moja idiotyczna, a Tata, z umyslem swym swiezym faktycznie sprzedal mi pomysl! Zeby zadzwonic do naszej ambasady, niech powiedza cos. Ambasada - to brzmi dumnie, niech Wywloka wie, ze rozpetala miedzynarodowa afere!

Tak tez zrobilam. Zadzwonilam do ambasady niezwlocznie. Jednak jakis niemily pan odebral i powiedzial mi, ze mam dzwonic dnia nastepnego rano, albowiem ambasada juz ma fajrant. \
Posiedzielismy wiec cala hotelowa ekipa na korytarzu i zrobilismy burze mozgow.
Pojawiaja sie pomysly z gatunku: a. isc duza ekipa zlozona zarowno z Chinczykow, jak i Afrykanow i Europejczykow do mojego bylego mieszkania z zapasowymi kluczami (ktore od pol roku trzymam u Honoraty, gdybym czasami zapomniala z domu swoich), wejsc, wziac moje rzeczy, wyjsc; b. zaczaic sie w krzakach pod blokiem, wyczaic moment, kiedy Wywloka i Szkotka z Radomia opuszcza lokal, wykorzystac klucz, wejsc i tak dalej da capo al fine; c. isc na policje.
I w koncu wyszlo na to, ze plan jest taki:
1. Jutro dzwonie do ambasady i prosze o rade.
2. Niezaleznie od tego ide do szkoly i robie zadyme, zeby kazdy pojedynczy nauczyciel sie dowiedzial o mojej sprawie. Moze ktos ma te oslawione guanxi.
3. Razem z nauczycielem idziemy na policje i zglaszamy kradziez albo cos analogicznego.
4. Odzyskujemy moje rzeczy.
5. Kazdy, procz Wywloki, ktora ostatecznie sama spadnie ze schodow, zyje dlugo i szczesliwie.

Zadzwonilam w miedzy czasie do mojej chinskiej kolezanki, ktora zatwierdzila moj plan jako odpowiedni w tego typu sytuacji.

Spotkalam sie tez na godzine z Oskarem, ktory od dawnych juz czasow nakazywal mi zrzucenie Wywloki ze schodow, jak tylko pojawi sie na horyzoncie... Jednak nie zrobilam tego zawczasu, o ja glupia, i teraz przypadkowy upadek Buldozycy moglby sie wydac odrobine podejrzany chinskiej policji, ktora chyba tylko czeka, az laowaje zaczna popelniac przestepstwa i bedzie ich mozna wszystkich deportowac, najlepiej na Ksiezyc.
Oskar jednak sie nie poddawal i postanowil udac sie osobiscie do Wywloki po odbior mojej wlasnosci. Byl przy tym tak zdeterminowany, ze nie pozostalo mi nic innego, jak pomachac mu na pozegnanie, gdy ruszal w kierunku wzgorza, na ktorym dotychczas mieszkalam w pewnym W OGOLE NIE ZNISZCZONYM mieszkaniu.
Z pozniejszych relacji Oskara wynikalo, ze probowal dzwonic do Wywloki, by ja ujac swym wrodzonym urokiem osobistym, jednakowoz zostal splawiony tymi slowy: "Ona [to o mnie] powinna sie nauczyc sama zalatwiac swoje sprawy".

Tego dnia nie pozostalo mi juz robic nic innego, jak pojsc do cukierni JUST HOT, kupic sobie ciasteczka i wrocic do mieszkania Agnieszki, by najpierw sie napchac, a nastepnie zasnac snem kamiennym, po raz pierwsy na nowych wlosciach.

niedziela, 13 lipca 2008

Akcja haraczowa, czesc kolejna.

Wedlug tego, co buldozyca mi powiedziala (a mialo to byc rzekomo tlumaczenie tego, co policjant wczesniej mial rzec) mialam oddac jej klucze od mieszkania, zostawic w nim caly inwentarz swoj wraz z takimi rzeczami jak bilet lotniczy papierowy na lot z Szanghaju do Poznania przez Monachium (bo juz wkrotce udaje sie na wczasy do Polski, gdzie w warunkach cieplarnianych przez minimum kilka dni bede leczyla sie z Kunminskiej traumy i choroby, na ktora nota bene zapadlam w miedzyczasie), dowod osobisty, karta bankomatowa WBK, dowody wymiany pieniedzy z obcej waluty na RMB (niezbedne, jezeli chcialabym dokonac wymiany w druga strone) oraz moje buty, skarpetki, bielizna, odziez wierzchnia i ksiazki, absolutnie mi akurat potrzebne, poniewaz do sesji pozostaly cztery dni. Taki stan rzeczy (brak kluczy do mieszkania oraz dostepu jakiegokolwiek do moich rzeczy) mial sie utrzymywac, wg slow Wywloki, az policja nie podejmie decyzji, czy mam placic haracz (czyli oplacic remont podlogi, ktorej nie uszkodzilam i reszty mieszkania K, ktorego nie uszkodzilam rowniez) czy tez moge sobie odejsc w sina dal nie placac haraczu.

Gdy tylko policjanci wraz z Wywloka znikneli za rogiem, my z Agnieszka wrocilysmy do mieszkania na herbatke, ktora miala na nas zadzialac uspakajajaco, ale nie zadzialala. Zadzialal natomiast Matthew (po chinsku Mate, czyli niezwykly kon), chlopak Agnieszki, ktory przyszedl po chwili i zaczal raczyc nas opowiesciami o jakis laowajach w Kunmingu, ktorzy siedzieli tu w wiezieniu przez iles miesiecy i potem po ekstradycji do ich krajow kary zostaly im anulowane. Jak milo.
Nie moglam za bardzo wysiedziec w mieszkaniu, wiec spakowalam sie i poszlam spac do hotelu do Eleny. Gdy zaszlam na ulice, gdzie jest hotel, napotkalam znajomych, ktorym w odpowiedzi na sztampowe: "How you doin'?" opowiedzialam moja mrozaca krew w zylach historie. Uslyszalam slowa, na ktorych uslyszeniu wlasnie mi zalezalo - ze mam wsparcie, ze mam dzwonic jakby co, ze Wywloka to glupia wywloka. Potem weszlam do hotelu, a tam wszyscy moi hotelowi znajomi siedzieli akurat na korytarzu. Mniej wiecej wiedzieli co sie dzieje, bo w momencie, kiedy szalony Pit Bull przechadzal sie akurat kolo Agnieszkowych konopii, ja wykonalam telefon do Eleny, zeby zdobyc jakikolwiek numer do jakiegokolwiek nauczyciela z naszego wydzialu. Uzupelnilam im historie, zostalam poglaskana po glowce, poczestowana slodyczami... Co ja bym bez nich zrobila, zwlaszcza bez Honorki i Bartosza...
Na nastepny dzien obudzilam sie z malowniczymi sincami pod oczami a la mis panda i postawa waleczna. Od razu niemal wyslalam esemesa do Wywloki, poniewaz zdalam sobie sprawe, ze wlasciwie, to ja nie mam za co zyc i ze musze koniecznie wydobyc w mojego bagazu przetryzmywanego przez Wywloke w jej mieszkaniu moja karte bankomatowa oraz kilka par gaci chociaz. W esemesie bylo, ze chcialabym wpasc do niej zabrac moja karte bankomatowa, bo chcialabym jakos przezyc w Kunmingu, co jest mocno utrudnione bez pieniedzy, zwlaszcza, ze wlasnie zostalam wygoniona z mieszkania.

Odpowiedz Wywloki byla taka:
no deal b4 the judge from police. pls wait. dont break the law by entering the apt. without my permission. u may have another hey i assume. email u later

Gdy tylko dostalam takiego esemesa, poczulam ewidentnie, ze chyba cos tu jest nie tak, ze ja, studentka na stypendium, nie mam zadnych srodkow do zycia ani miejsca do spania, jestem w posiadaniu tylko tego, co mam na sobie i malego plecaczka... Prawda, ze budzacy wspolczucie jest to obrazek? Mialam nadzieje, ze wzbudzi tez wspolczucie moich nauczycieli, tak wiec udalam sie do szkoly, gdzie w jej ofisie znalazlam moja Cai laoshi (kobiete waleczna, troche ironiczna, ale taka, o ktorej mozna powiedziec ze jest kekao i mozna na niej polegac). I zaczelam z siebie wypluwac cala historie z najdrobniejszymi szczegolami, nawet opowiedzialam, co na blogu napisalam o buldozycy, ze sie na mnie wkurzyla tak. Cai laoshi sluchala mnie cierpliwie i nawet sie przejela. Ale sama nie chciala sie niczym zajac ani mi pomoc osobiscie. Zawolala He laoshi.

Wtret na temat He laoshi.
He (w tlumaczeniu na jezyk polski: Rzeka, na angielski River) to osoba, z ktora na szczescie nie mialam zbyt duzo do czynienia, poniewaz nie jestem stypendystka rzadu chinskiego, lecz stypendystka rzadu polskiego (dzieki Ci Boze za to). Jest ona generalnie odpowiedzialna za wszystkich stypendystow zagranicznych na terenie Yunnan University, co w moim przypadku przeklada sie na to, ze gdy poszlam prosic o pomoc Cai laoshi, Cai laoshi musiala moja sprawe przekierowac do Rzeki, natomiast w przypadku stypendystow rzadu chinskiego, na przyklad Honoraty, przeklada sie na czeste dosyc kontakty w sprawie wyplacenia stypedium. Nie bede sie bawila w szczegolowe objasnienia, ale po roku obcowania ze stypendystami rzadu chinskiego wiem, ze Rzeka jest ksenofobka i rasistka, nikomu nigdy nie pomogla, nie przelewala stypendium na czas, podczas wakacji zimowych w ogole nie przelala stypendium, bo byla przeciez na urlopie, wygonila Nelsona z jego pokoju w hotelu, bo za drogo to rzad chinski kosztowalo i takie tam akcje dziwne i frustrujace wyczyniala.

Gdy uslyszalam, ze ma przyjsc do mnie He laoshi i pomoc mi rozwiazac moj problem, ogarnela mnie czarna rozpacz. Bo wiadome bylo, ze He laoshi wolalaby raczej mnie pograzyc niz mi pomoc. To znaczy wszyscy stypendysci to wiedza. Najwyrazniej Cai laoshi o tym nie wiedziala, bo nie watpie w jej dobre intencje.
No ale po nadejsciu Rzeki staralam sie jak najdokladniej opisac jej sytuacje, bo a nuz zapala ona sympatia wobec biednego waiguorena i uda jej sie cos wskorac? Ale gdy tylko zaczelam mowic, na twarzy Rzeki zobaczylam ironiczny polusmieszek.
Rzeka jednak cos tam zrobila. Zadzwonila na policje i sie zapytala o final mojej sprawy (bo przeciez ile mozna czekac na judge from the police!). I w tym momencie okazalo sie, co nastepuje:
Wywloka mnie oklamala. Pit Bull wcale nie kazal mi zostawiac jej kluczy i bagazy. To ona wykorzystala moja niezdolnosc do zrozumienia Kunming hua i powiedziala mi, ze Pit Bull wlasnie tak powiedzial. Ponadto - nie czekam na zadna decyzje z policji, poniewaz policja umywa od tego rece i nie jest mocna do decydowania o takich sprawach. Strony musza dojsc do porozumienia.
No to bosko, mila kobieta z tej Wywloki. Wziela sobie klucz, przetrzymuje moje rzeczy.... Czy to nie jest przypadkiem kradziez? Tak sobie wlasnie myslalam, a Riviera dzwonila do samej Wywloki "porozmawiac z nia". O, jakze ciekawa to byla rozmowa!!! Rzeka nie powiedziala ani slowa przez dziesiec minut dajac sie zagadac na smierc niemal Wywloce, ktora, najpewniej, malowala przed Rzeka moj diaboliczny obrazek. W jedenastej minucie Rzeka nagle przemowila. Co uslyszalam?
"Shao yi dianr bu xing ma?"
No ladne jaja, to oznaczalo, ze Riviera zaczela sie "dla mnie" targowac z Wywloka! Zaczelam sie smiac z absurdu sytuacji.... Ja probuje odzyskac moje rzeczy zgodnie z litera prawa, w ktorego istnienie w Chinach jakos dziwnie ciagle wierze, a nauczycielka majaca mi pomoc probuje obnizyc haracz za odzyskanie moich bagazy targujac sie z oszustka!
W koncu Rzeka skonczyla te nie prowadzace do niczego negocjacje i odlozyla sluchawke. I rzekla do mnie tymi slowy:
"Mysle, ze jedyne, co mozesz zrobic, to targowac sie."
Ja: "Czy laoshi mysli, ze mnie interesuje zaplacenie za cos, czego nie zrobilam? Nie zrobie tego, poniewaz jest to nie fair, a ponadto nawet gdybym chciala to zrobic, to moja karta do bankomatu jest w moich dokumentach w mieszkaniu tej baby"
Rzeka: "Pozycz pieniadze od swoich przyjaciol".
Ja (z nieukrywana juz irytacja w glosie): "Nie mam przyjaciol, niech laoshi mi pozyczy, jezeli uwaza to za najlepsze rozwiazanie. A najlepiej niech mi da, jezeli naprawde chce mi pomoc."
Na to laoshi pozegnala sie i uciekla, bo prawdopodobnie nie chciala robic za moja przyjaciolke, ktora powinna mnie wspierac finansowo.
A ja zostalam sama z poczuciem, ze w tym kraju naprawde nie da sie nic wskorac, poniewaz nikogo nie interesuje ani to, ze zostalam oszukana, ani to, ze ktos moje mienie bezprawnie przetrzymuje, ani umowa o wynajem. Jedyna interesujaca rzecza jest to, kiedy w koncu sie skonczy moja wiza, zeby mozna mnie z tego kraju wywalic i pozbyc sie problemow.

sobota, 12 lipca 2008

Chinska paranoja

Przerwynik dla anglojezycznych - przeczytajcie sobie artykulik w Los Angeles Times.

Pierwsze starcie z chinska policja

Jak wiadomo z wprowadzonych na te lamy uprzednio sensacji rewelacji, akcja aktualnie toczy sie w mieszkaniu, w ktorym eM. mieszkala przez dziesiec miesiecy i w ktorym rzekomo dokonala szkod wszelakich, jakie tylko mozna popelnic. eM. przy wsparciu Agnieszki Z. wypiera sie wszystkiego, procz przyklejenia dwoch haczykow do sciany przy oknie w jej pokoju (mea maxima culpa). Pragnie podjac sie ich usuniecia, jednak Wywloka, czytaj: landlady, fangdong, mieszkania wlascicielka, nie zamierza na to pozwolic, bo to by sprawilo, ze nie zakonczyloby sie na utracie pyska (bo twarza tego sie juz chyba nazwac nie da), ktora miala miejsce juz dwukrotnie w odcinku poprzednim, ale rowniez utrata okupu, ktory Wywloka zamierzala od eM. wyludzic.

Gdy juz sie wydalo, ze nie zamierzam placic za cos, czego nie zrobilam, Wywloka, K, zwana z racji swego znieksztalconego imidzu rowniez buldogiem, zadzwonila po wladze wyzsze, czyli Policje. Agnieszka rzekla, ze ona nie ufa policji sprowadzanej przez Wywloke i ze my zadzwonimy po swoja policje :D. Ostatecznie jednak nie udalo mi sie zadzwonic po "nasza" policje, poniewaz akurat do mnie zadzwonil bardzo stary znajomy z najpierwszej mojej agencji modelek imieniem Zhang, ktory chcial sie zapytac, czy mam ochote pojsc z nim na kolacje. To mu powiedzialam, ze za bardzo nie mam czasu ani na kolacje, ani na rozmowy, poniewaz wlasnie wyprowadzam sie z mieszkania, a sytuacja jest skomplikowana. On na to: O, przeprowadzka, moze mogl bym Ci pomoc? Powiedzialam, ze generalnie jeszcze troche potrwa, zanim zaczne przewozic moj dobytek na nowe apartamenta, poniewaz wlasnie czekam na policje wezwana przez fangdonga.
Zhang sie przejal i postanowil przyjechac, by wesprzec mnie psychologicznie, bo na pewno nie merytorycznie, gdyz o calej sytuacji nie wiedzial nic. Jak tylko powiedzialam mu, ze zaijian, buldozyca poinformowala mnie, ze nikogo ode mnie nie wpusci do mieszkania, bo to jest jej mieszkanie i bezprawnym byloby wpuszczanie kogokolwiek bez jej wiedzy. Chyba zapomniala, ze ja mam umowe do pietnastego lipca i wg tejze umowy jest to takze moje mieszkanie. No ale jak juz zdazylismy sie przekonac, nie mamy do czynienia z osoba, ktora bralaby pod uwage jakiekolwiek przeslanki racjonalne (nic dziwnego, w jezyku chinskim nie istnieje slowo "logika") czy tez tresc umowy przez nas obie podpisanej.
Najpierw przyjechali policjanci, zaraz po nich Zhang (ktory faktycznie zostal za drzwiami i nie mogl nawet sie ode mnie dowiedziec o co dokladnie chodzi). Pierwszy policjant byl napakowanym (prawdpodobnie baozi i jiaozi jak rowniez chaomianami) bucem o twarzy pit bulla (co w jego przypadku akurat mogloby byc uzasadnione wykonywanym zawodem), drugi natomiast byl nie odstajaca od standardu wersja przydupasa - chudy, maly, nie majacy swojego zdania i sluzacy za sekretarke.
Co zrobili policjanci? Hmmm, Wywloka gadala do nich jak najeta o swoich problemach z zufangiem, czyli generalnie o mnie, jaka to jestem oszustka, bo pisalam o niej na blogu, nie placilam rachunkow oraz popsulam jej komnaty, natomiast policjanci nie byli w ogole zianteresowani jej wzruszajacym monologiem, natomiast bardzo - naszymi papierami. Najpierw sprawdzili moje - paszport, ksiazeczke zdrowia (ktora wydala im sie czyms tak ezgotycznym, ze zaczelam sie zastanawiac, czy aby na pewno musialam wydac w tym kraju te 300 RMB na badania, by w posiadanie tej ksiazeczki wejsc) i oczywiscie - wize i zameldowanie. Potem dobrali sie do Agnieszki, poniewaz swoimi metodami szpiegowskimi wykryli w niej jakos obcokrajowca. Jednakowoz Agnieszka nie miala ze soba dokumentow, bo wyszlysmy tylko po moje rzeczy, a ponadto rozsadniej jest nie nosic ze soba paszportu w chinskim miescie, gdzie chyba kazdy juz z moich znajomych zostal pozbawiony a to telefonu, a to dokumentow, a to znowu pieniedzy. Na te rewelacje policjanci chwilowo odpuscili Agnieszce i wynalezli sobie nowa ofiare: siedzaca cichutko w kaciku pol Szkotke pol Polke (ona tez nosila na sobie znamiona laowajstwa). Najpierw Wywloka powiedziala, ze to jej przyjaciolka i ze ona od przyjaciolki nie bierze pieniedzy. Policjanci zazadali od przyjaciolki dokumentow i byli baaaaaaardzo niezadowoleni, ze nie ma ona zameldowania. Dziewczyna nie wiedziala biedna o co chodzi (bo stroz prawa nie tylko nie mowil po angielsku, ale rowniez nie dysponowal znajomoscia mandarynskiego jezyka ogolnego), wiec Wywloka powiedziala do niej: Dlaczego sie jeszcze nie zameldowalas? Powinnas to zrobic od razu po przyjezdzie. To jest obowiazkowe przed olimpiada. Hmmm, mila przyjaciolka z tej Wywloki....

Policjant Pit Bull byl wysoce nieukontentowany tym, ze Agniesia nie miala ze soba dokumentow, wiec nie zwarzajac na lamenty Wywloki w kwestii podlogowej, wsadzil mnie, Agnieszke oraz Wywloke do wozu policyjnego i zawiozl nas do mieszkania Agnieszki, by skontrolowac Agnieszki legalnosc pobytu w tym pieknym miejscu, jakim Kunming jest. Nie wiedziec czemu policjant kazal mi zostac w radiowozie, a gdy z niego wyszlam, by mu wytlumaczyc, ze moja umowa wynajmu rowniez znajduje sie w mieszkaniu Agnieszki i musze po nia isc, ten tak na mnie najechal, ze poczulam sie wdeptana w ziemie niczym guma do zucia. No dobra dobra, panocku, tylko niech sie pan panie nie bulwersuje tak. Ostatecznie i tak olalam nakaz pozostania w aucie i poszlam za Agnieszka, policjantami i Wywloka do Agnieszki mieszkania.

I tam odbylo sie sprawdzenie paszportu Agnieszki, przy okazji dowiedzialysmy sie, ze wiza Agnieszki juz dawno jest expired i ze jest ona tu nielegalnie, a wszystko dlatego, ze panowie policjanci nie raczyli poszukac kolejnej wizy, ktora jest dwie strony dalej w paszporcie Agnieszki. Potem zazadano od Agnieszki okazania umowy wynajmu jej mieszkanka, co akurat niemozliwe bylo, poniewaz Agnieszka ostatnio zgubila te umowe. Wiec niezrazony niczym Pit Bull zadzwonil do landlady Agnieszki, by jej sie spytac, czy ona wie, ze klucze do jej mieszkania i rzeczy w jej mieszkaniu ma niejaka Agnieszka Z, obywatelka polska.

Przy okazji nalezy dodac, ze Agnieszka przezywala lekki horror w swojej glowce, poniewaz Pit Bull okazal sie perypatetykiem i podczas wykonywania telefonow przemierzyl setki metrow po przestrzeni Agniesinej podlogi, zagladajac rowniez na werande, gdzie niewinnie sobie rosl metrowy krzaczek konopii, hodowany przez wlascicielke w celach ozdobnych. Jednak okazalo sie, ze botanika nie jest mocna strona Pit Bulla, ktory nie zareagowal na takie rewelacje nawet mrugnieciem swej ciezkiej powieki.

Zeby juz nie przedluzac tej i tak nieco przydlugiej relacji z niczego, bo jak inaczej mozna nazwac sprawdzanie dokumentow przez ponad poltorej godziny, nie zapytwaszy nawet o sedno sprawy (chociaz moze i lepiej, bo i tak nic bym nie zrozumiala z horrendalnej chinszczyzny polismena)... Ostatecznie policjant powiedzial cos, co w tlumaczeniu na angielski dokonanym przez Wywloke mialo tresc taka, ze mam oddac klucze od mieszkania Wywloki, a ona zachowa moje bagaze az do rozwiazania sprawy. No trudno, skoro pan wladza tak mowi, to nie pozostalo mi nic innego niz oddac te klucze. Powiedzialam na koniec, ze czekam na ich telefon, Pit Bull nie wiedziec czemu mnie wysmial i cala trojca (Pit Bull, przydupas oraz Buldozyca) odeszli w sina dal. A ja i Agnieszka do wnetrza Agniesi mieszkania.

Zmeczone, zestresowane i zdezorientowane.... Bo po co, na co? aaaaaa!?!

piątek, 11 lipca 2008

Kalkulowanie kaucji.

W minionym tygodniu dostalam maila od wlascicielki mieszkania. W mailu bylo: Czy masz czas pojutrze rano, zeby pojsc ze mna do biura od Internetu, bo chcialabym przepisac Internet z Ciebie na siebie? Hmmmmmm.... czyli ze ma ona przyjechac jutro?!? Wpadlam w panike lekka, bo generalnie wolalabym sie przygotowac na spotkanie z wariatka lepiej mertorycznie, na przyklad pojsc do biblioteki i poczytac cos o paranojach i omamach. Wczesniej wyraznie ja prosilam, zeby dala znac odpowiednio wczesniej. Myslalam, ze mojej prosbie stanie sie zadosc, poniewaz ja generalnie spelnialam wszelkie prosby K - na przyklad raz przez caly dzien siedzialam w domu, zeby odebrac jej przesylke EMS. Przesylka ostatecznie nie przyszla, ja stracilam mnostwo czasu, ale prawda, ze milo z mojej strony? Bo ja juz taka mila jestem ;P.
Noc, kiedy miala K przyjechac do domu rezolutnie spedzilam poza domem, by zasnac snem krzepkim i blogim, poniewaz na nastepny dzien musialam byc wypoczeta na zajeciach. Nastepny dzien byl jak na wariackich papierach, tak wiec zladowalam w domu bardzo pozno. K juz spala. Malo tego - ktos inny spal tez - na moim materacu, w duzym pokoju. Ja zostalam pozbawiona materaca, wiec nie pozostalo mi nic innego jak zasnac na kocu. Co bylo bardzo ciezkie, bo jak wiadomo z jednego z moich poprzednich postow, dzien wczesniej wpadlam do dziury i bylam strasznie poobijana.
Rano z ulga wstalam, zeby pojsc do szkoly. W kuchni spotkalam osobe rasy bialej, ktora wydala mi sie sympatyczna i... okazala sie byc pol Polka, pol Szkotka. Po polsku co prawda ani w zab, ale jak juz ktos wie, gdzie jest Radom... No swojsko. Opowiadalam wlasnie Szkotce o mojej dziurze w nodze i generalnym inwalidztwie ze smiechem na ustach (bo czyz nagle znikniecie w dziurze w chodniku nie jest przezabawne?), gdy z lazienki wychylila sie K. Ani good morning nie uslyszalam, ani nihao, tylko: ZAPLACILAS RACHUNKI????? Powiedzialam jej, ze bardzo mi przykro, ale gazu nadal nie zaplacilam, bo nie wiem jak i bede jej wdzieczna, gdyby zrobila to za mnie, a ja jej oddam, rachunek za prad wlasnie przyszedl, ale poszlam zaplacic go na poczte i mi powiedzieli, ze jest to niemozliwe na poczcie akurat wtedy, gdy ja tam bylam i rowniez bede bardzo wdzieczna, jezeli by to zrobila za mnie, a ja jej wszystko wyrownam. No i ona zniknela w lazience (nie powiedziawszy ani bye ani zaijian). No to ja sobie poszlam do szkoly. I w szkole opowiedzialam mojej pani nauczycielce, ze mam ostatnio kiepskie dni, bo raz, ze do dziury wpadlam i jestem strasznie poobijana, a poza tym wyglada na to, ze bede musiala zajac sie przeprowadzka.
Dzien mijal powoli jak kazdy inny, gdy nagle dostalam esemesa o tresci nastepujacej:
Prosze przynies mi dzisiaj nastepujaca ilosc pieniedzy: gas piecdziesiat szesc koma jeden plus prad sto siedemdziesiat jeden koma trzynascie plus woda dwiescie dziewiecdziesiat piec. Razem 522,2.
Odetchnelam z ulga, bo rachunki nie przekroczyly moich oczekiwan a ponadto w domu nic nie zostalo przeze mnie zniszczone (a nawet naprawilam kilka rzeczy, ktore byly juz popsute, gdy sie wprowadzilam), wiec logiczne jest, ze zostanie mi zwrocony moj depozyt w ilosci pieciuset kuajow (patrz poprzedni post). W takim razie napisalam do wariatki, ze spoko, dzisiaj doniose jej 23 kuaje, a reszte niech wezmie sobie z depozytu, o co bardzo ja prosze.
Odpowiedz buldoga:
Prosze, przestrzegaj umowy. Depozyt bedzie KALKULOWANY [podkreslenie moje] w dniu twojej wyprowadzki. Musisz przyniesc pieniadze dzisiaj!!!!
Nic na to nie odpowiedzialam, bo co mozna odpowiedziec na takie dyrektywy? Postanowilam pojsc wieczorem do mieszkania i rzeczywiscie uczynic ten dzien dniem mojej wyprowadzki, bo szczerze mowiac spanie na kocu nie sprawialo mi zbyt duzej radosci, a perspektywa wdychania dwutlenku wegla wydzielanego przez buldoga przepelniala mnie odraza. Przez caly dzien szykowalam sie psychicznie do spotkania z K. Przygotowalam sobie ladnie 25 kuajow do wyrownania rachunkow, nawet plan byl taki, ze powiem babie "keep change" (bo tak naprawde bylam jej winna 22,2). Poprosilam Agnieszke, zeby poszla ze mna wziac moje bagaze, bo sama prawdopodobnie nie dalabym sobie rady ich wszystkich z mieszkania wydobyc.
W koncu ruszylysmy. Wzielysmy ze soba przenosne glosniczki i IPoda, puscilysmy sobie Fatboyslima z "Praise you" dla dodania sobie animuszu i przywolania dobrego nastroju po drodze. Generalnie powinnysmy puscic tej kobiecie z glosniczkow piosenke "Fuck you" Archive, ale w biegu wydarzen jakos sie nam nie dodalo.
Dotarlysmy do mieszkania, weszlam za pomoca wlasnego klucza sobie drzwi otwierajac, w duzym pokoju siedziala Szkotka z Radomia z jakims Chinczykiem. Zapytalam, gdzie jest buldog, a ta odpowiedziala, ze w swoim pokoju. Poszlam wiec do pokoju buldoga (ktory nota bene wczesniej byl moim pokojem), mowie czesc, nie uzyskuje zadnej odpowiedzi, buldog nie raczyl nawet sie odwrocic na krzesle w kierunku skad dobiegal moj milutki glosik. Spytalam, czy mozemy pogadac. Buldog rzekl, ze owszem, ale nadal nie odwracal sie do mnie. No to rzeklam: Bylabym bardzo wdzieczna, gdybys patrzyla na mnie podczas rozmowy. Bardzo grzecznie to powiedzialam. Bo ustalilysmy z Agnieszka, ze pokazemy buldogowi najlepszego sortu szlacheckie polskie maniery.
Buldog powiedziala: Slucham.
Skoro sluchala, to najpierw przedstawilam jej Agnieszke ("This is my girlfriend, Agnes") a nastepnie wprost w te wielkie wybaluszone oczyskaj wylozylam moj pomysl, ze wyprowadze sie dzisiaj, ze dam jej 22,2 kuaje, bo tak bedzie wygodniej dla wszystkich. Szlacheckie maniery caly czas zachowane.
Wtem ona jak nie wrzesnie: NIEEEEEEEEEEEEEEE!
Ojej.
Powiedziala mi kobieta, ze podloga jest zniszczona. Chcialam to natychmiast obejrzec, ale ona rzekla, ze nie, poniewaz nie mozemy przeszkadzac Szkotce z Radomia, ktora teraz rozmawia z jakims Chinczykiem. Ja tak czy siak postanowilam sie spakowac. Buldog opuscila mieszkanie. Dziwne bardzo.
Agnieszka i ja dokonalysmy cudu spakowania calego mojego dobytku w pietnasciue minut. Buldoga nadal nie bylo i w sumie rozsadnie z naszej strony byloby udac sie, za przeproszeniem, tam, gdzie pieprz rosnie, diabel mowi dobranoc a raki zimuja. I to czem predzej. Jednakowoz ja uznalazm, ze trzeba na nia poczekac, oddac jej klucz i tak dalej.
W koncu przyszla, ciagnac zasoba chlopka roztropka. Chlopek roztropek mial grac role eksperta od zniszczen wszelakich. I zaczela sie odyseja po mieszkaniu: wpierw suka buldoga, potem roztropek pseudo-rzeczoznawca, dalej ramie w ramie ja i Agnieszka. I idziemy - najpierw na werande, sluzaca do sluszenia ubran (ewidentnie, gdy sie wprowadzilam, juz byly tam sznurki na pranie, a moj byly wpollokator Fleja wieszal tam mokre ciuchy). A tam - rzekome zniszczenia w bambusowej podlodze. Ktorych oczywiscie ja nie widzialam, rzeczoznawca w ogole nie spojrzal tylko od razu wywalil z kwoty jakiejs astronomicznej za wymiane. Rzekomo to moja wina, ze jakies zniszczenia niewidzialne tam powstaly, bo nie umialam uzywac pralki, zeby mi sie ciuchy odwirowaly, woda kapala i zalala. Hmmmm, troche mnie zgielo, bo pralka automatycznie odwirowywala wode a ja wieszalam ciuchy w miejscu do tego przeznaczonym tak samo jak Fleja. Nikt mi nie powiedzial, ze jest zakaz wywieszania prania na suszarkach na werandzie i ze sluza te suszarki tylko celom atrapowym. Pomijam juz fakt, ze myslacy logicznie czlowiek nie kladzie bambusowej podlogi w miejscu, gdzie najprawdpodobniej beda sie suszyc ubrania.
Z werandy udalismy sie przed drzwi glowne do mieszkania. A tam juz faktycznie golym okiem dajaca sie zauwazyc plama na podlodze przy scianie, po drugiej stronie sciany stoi natomiast pralka, z ktorej odplyw jest tak niechlujnie zrobiony, ze woda wylewa sie po calej lazience. Jednakowoz pani wlascicielka mieszkania zdala sie nie dostrzegac wady hydraulicznej w lazience (choc wody tam po kostki) i zarzucila mi, ze stawialam parasol dokladnie w drzwiach od mieszkania (co bylo juz absolutnym dowodem, ze baba uwaza mnie za idiotke, ktora uwielbia skoki prez parasolki).
Potem weszlismy do nieszczesnej lazienki a tam... No tam upatrzyla sobie buldozyca usterke elektryczna. Mianowicie taka, ze super lampa grzewcza nad wanna (swiecaca, jak rowniez ogrzewajaca powietrze w lazience zima) nie dziala. Spojrzalam na nia jak na raroga, oczy mialam takie, jak bohaterowie South Parku na chwilke przed wybuchnieciem smiechem, bo ta kobieta jawnie nie wiedziala, jak lampe ta zapalic. Zapalilam wiec dla niej, uzywajac przy tym slowka Voila ze szlacheckiej mowy francuskiej. W tym momencie mozna bylo zaobserwowac, jak twarz buldozycy zsuwa sie jej do polowy plecow (czy ja juz kiedys tlumaczylam kulturowe zawilosci tracenia twarzy w Chinach?).
Nastepnie cala wycieczka udala sie do kuchni, gdzie rzekomo piecyk gazowy mial zostac przeze mnie uszkodzony. Tym razem twarz buldoga poszla sie juz schowac miedzy jej posladki, bo pieca tez nie umiala ona uzywac (a jakie to proste - przekrecic pokretlo, wlaczyc iskre, Voila).
Ostatecznie wyladowalismy w moim pokoju, gdzie przy oknie naklejone byly dwa haczyki. No i tu po raz pierwszy musialam poczuc sie do winy, bo haczyki faktycznie zostaly przeze mnie naklejone. Powiedzialam babce, ze moge je usunac. Ale ona generalnie nie chciala, zeby ktokolwiek je usuwal wcale. Ona chciala zedrzec ze mnie pieniadze.
Ja i Agnieszka probowalysmy cos do niej (po szlachecku, rzecz jasna) mowic, ale ona na nas krzyczala i nie pozwalala dojsc do slowa. Pokazala nam na karteczce, ze jestem jej winna 3 tysiace RMB. Kontraktu nie miala i malo ja interesowalo, ze po pierwsze w razie strat oddaje jej tylko depozyt, a po drugie to jestem odpowiedzialna tylko za wlasny pokoj.
W koncu wezwala policje.
Ale o tym bedzie w nastepnym odcinku.
Musze cos wyjasnic: wlascicielka mieszkania nigdy nie powiedziala mi jak konserwowac podloge, nigdy nie powiedziala mi jak mam placic rachunki. W ogole miala wszystko miedzy posladami. Generalnie od samego poczatku miala plan naciac mnie na tym depozycie.
Pozdrawiam wszystkich czytelnikow i zycze wiecej szczescia niz ja mam.