* Tak, to jest po polsku. Ten twór lingwistyczny powstał w nietuzinkowym umyśle Pana K., twórcy "Cho do kina". Zresztą będzie o tym gdzieś w postach poniżej, jeżeli się zagłębisz :)
czwartek, 25 października 2007
Burczenie
Co noc w okolicach godziny pierwszej w nocy nie pozwala mi zasnąć dziwne burczenie. Dźwięki słoniowe, właściwie nie słyszalne, bardziej odczuwalne w drżeniu ścian. Co to jest?
Pokarm
Jem kolację. Musli prócz standardów zawiera w sobie kawałeczki suszonej (i piekielnie twardej) dyni. Jogurt jest o smaku kiwi-aloesowym z extra dużymi kawałkami... owoców?
Jutro jest jakaś wielka impreza szkolna, na której każda nacja ma się pochwalić swoją potrawą. Ale ja, jako jedyna reprezentantka kraju, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów Nieba, postanowiłam zaprzestać poszukiwań kiszonej kapusty i pójść na to przyjęcie incognito. Podłączę się do jakiejś ekipy włoskiej, francuskiej, lub nawet chińskiej, albowiem jutro wyjątkowo na tę okazję mogę poczuć się Chinką.
Jutro jest jakaś wielka impreza szkolna, na której każda nacja ma się pochwalić swoją potrawą. Ale ja, jako jedyna reprezentantka kraju, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów Nieba, postanowiłam zaprzestać poszukiwań kiszonej kapusty i pójść na to przyjęcie incognito. Podłączę się do jakiejś ekipy włoskiej, francuskiej, lub nawet chińskiej, albowiem jutro wyjątkowo na tę okazję mogę poczuć się Chinką.
wtorek, 23 października 2007
Niewolnica Martooha
No więc zacznę od tego, że halucynacje nie minęły. Dzisiaj jedna beczka z gazem pod domem ma cztery poziomy (tak jak wczoraj), natomiast druga ma ewidentnie dwa poziomy, trzy razy mrugnęłam okiem, za każdym razem to samo. To ja już nie wiem co wczoraj widziałam. Po chwili kontemplacji tego widoku z mojego okna wpadłam na to, że może to moje szyby brudne są, i wyszłam na balkon, który na tę samą stronę północną wychodzi, wziąwszy ze sobą aparat, by dowody jakieś namacalne chowania się poziomów beczek mieć w przyszłości. Balkon jest tu otwierany za pomocą klucza. Otworzyłam więc za pomocą klucza tenże i przemyślnie schowałam kluczyk do kieszonki, by nie zostać zatrzaśniętą na balkonie. Dumna z siebie i z oznak jakiegoś tam posiadanego rozsądku wyszłam na balkonik, drzwi otwarte od niego zostawiłam, niech się dom wietrzy, a ja foty strzelać będę. Trzasnęłam dwie foty beczek magicznych gdy nagle trzasnęło. Drzwi się zamknęły od balkonu. No ale wiadomo - mam kluczyk, nie ma bólu - strzeliłam więc jeszcze jedną fotę krajobrazowi dookoła. Rozejrzawszy się i westchnąwszy przystąpiłam więc do wydobywania kluczyka z kieszeni spodni. I bez obaw, nie upuściłam go gdzieś w krzaczory pod balkonem, czary go również nie dosięgnęły i był na swoim miejscu. No i przystąpiłam do otwierania (odkluczania) drzwi balkonowych od zewnątrz, a debiut to mój w tej dziedzinie był. I co?
No i nic.
No nie otworzyły się były. Trzy jakieś guziczki na zamku były, wcisnęłam każdy (wdusiłam), ale nadal nic. Sezamie otwórz się absolutnie, jak przewidywałam, w tym akurat wypadku też nie podziałało. Westchnęłam ciężko i poczułam dokładnie to samo, co czułam w Szanghaju na lotnisku, gdy koleś powiedział mi, że nie polecę do Kunming, bo nie ma mojego bagażu. Czyli uczucie, że generalnie się wszystko rozwiąże, ale najpierw muszę wymyślić jak.
Pomysł pierwszy: zadzwonić do kogoś znajomego, niech przyjdzie, rzucę mu kluczyk i mnie odkluczy z zewnątrz. Pomysł pierwszy wysiadł już na wstępie, albowiem nie miałam przy sobie kluczy do mieszkania, które byłyby wielce użyteczne dla osoby chcącej z jego wnętrza otwierać mi drzwi.
Pomysł drugi: zadzwonić do Feja, Fei ma wszak klucze od mieszkania. Pomysł drugi okazał się jednak do kosza, bo urządzeniem, które miałam przy sobie nie był telefon, ale aparat fotograficzny.
Pomysł trzeci: wdarcie się do łazienki naszej, której mały lufcik wychodzi akurat na balkon. Okno w łazience zawsze jest troszkę uchylone, gdyż kabel od bojlera wychodzi przez nie na balkon, gdzie znajduje się kontakt (egzotyka taka). Popróbowałam trochę ruszyć to okno z poziomu balkonowego gruntu, ale okienko trochę wysoko jest, nawet jak na mnie. Przed wejściem na stojącą na balkonie chyba właśnie w takim emergency-celu beczkę przeanalizowałam jeszcze inne wyjścia z sytuacji, ponieważ wielce prawdopodobne, że przez lufcik nie przeszłyby moje bioderka i okoliczne części ciała.
Pomysł czwarty: czekać do północy na Feja. Bo Fei późno wraca.
Pomysł piąty: skoczyć z balkonu i pójść sobie na noc do kogoś ze znajomych. Ale ta opcja taka sobie byłam bo mieszkam na czwartym piętrze.
No i cóż, westchnęłam sobie, dotleniło mnie i znowu zaczęłam grzebać od niechcenia przy tym zamku. No klucz się przekręcał, ale nie chciał otworzyć tych cholernych drzwi! Guziczki się wciskały i przekręcały i nic to nie działało. Może to jakas pieprzona kostka rubika w wersji obcej, pomyślałam sobie i zaczęłam na raz wciskać guziczki, potem jeden ciągnąć a drugi wciskać, przekręcać trzeci i tym sposobem, nie wiem jak, nagle zrobiło klik i drzwi się otworzyły... A ja w szoku wzięłam kluczyk (znowu objaw zdrowego rozsądku, bo jakbym go zostawiła na zewnątrz, to już nikt nigdy by konwencjonalnym sposobem na balkon się nie dostał) i weszłam do domu.
Koniec (szczęśliwy).
No i nic.
No nie otworzyły się były. Trzy jakieś guziczki na zamku były, wcisnęłam każdy (wdusiłam), ale nadal nic. Sezamie otwórz się absolutnie, jak przewidywałam, w tym akurat wypadku też nie podziałało. Westchnęłam ciężko i poczułam dokładnie to samo, co czułam w Szanghaju na lotnisku, gdy koleś powiedział mi, że nie polecę do Kunming, bo nie ma mojego bagażu. Czyli uczucie, że generalnie się wszystko rozwiąże, ale najpierw muszę wymyślić jak.
Pomysł pierwszy: zadzwonić do kogoś znajomego, niech przyjdzie, rzucę mu kluczyk i mnie odkluczy z zewnątrz. Pomysł pierwszy wysiadł już na wstępie, albowiem nie miałam przy sobie kluczy do mieszkania, które byłyby wielce użyteczne dla osoby chcącej z jego wnętrza otwierać mi drzwi.
Pomysł drugi: zadzwonić do Feja, Fei ma wszak klucze od mieszkania. Pomysł drugi okazał się jednak do kosza, bo urządzeniem, które miałam przy sobie nie był telefon, ale aparat fotograficzny.
Pomysł trzeci: wdarcie się do łazienki naszej, której mały lufcik wychodzi akurat na balkon. Okno w łazience zawsze jest troszkę uchylone, gdyż kabel od bojlera wychodzi przez nie na balkon, gdzie znajduje się kontakt (egzotyka taka). Popróbowałam trochę ruszyć to okno z poziomu balkonowego gruntu, ale okienko trochę wysoko jest, nawet jak na mnie. Przed wejściem na stojącą na balkonie chyba właśnie w takim emergency-celu beczkę przeanalizowałam jeszcze inne wyjścia z sytuacji, ponieważ wielce prawdopodobne, że przez lufcik nie przeszłyby moje bioderka i okoliczne części ciała.
Pomysł czwarty: czekać do północy na Feja. Bo Fei późno wraca.
Pomysł piąty: skoczyć z balkonu i pójść sobie na noc do kogoś ze znajomych. Ale ta opcja taka sobie byłam bo mieszkam na czwartym piętrze.
No i cóż, westchnęłam sobie, dotleniło mnie i znowu zaczęłam grzebać od niechcenia przy tym zamku. No klucz się przekręcał, ale nie chciał otworzyć tych cholernych drzwi! Guziczki się wciskały i przekręcały i nic to nie działało. Może to jakas pieprzona kostka rubika w wersji obcej, pomyślałam sobie i zaczęłam na raz wciskać guziczki, potem jeden ciągnąć a drugi wciskać, przekręcać trzeci i tym sposobem, nie wiem jak, nagle zrobiło klik i drzwi się otworzyły... A ja w szoku wzięłam kluczyk (znowu objaw zdrowego rozsądku, bo jakbym go zostawiła na zewnątrz, to już nikt nigdy by konwencjonalnym sposobem na balkon się nie dostał) i weszłam do domu.
Koniec (szczęśliwy).
poniedziałek, 22 października 2007
Haluny!
Wstałam dzisiaj rano, wykonałam rozkoszną czynność przeciągania, podniosłam roletę i... Co widzę? Moje beczki zaokienne z gazem mają po cztery poziomy! No nie wiem, czy śniło mi się, czy nie, że wcześniej miały 3 poziomy (jedna) i 2 poziomy (druga). Czy to są jakieś peryskopy, czary mary czy klocki lego? A może to ta herbata Pu Er???????????
Wyszłam się więc szybko przewietrzyć. Na świeżym powietrzu moje beczułki też się okazały mieć cztery poziomy. Wolę już o tym nie myśleć, bo dochodzi do niebezpiecznych zapętleń i zaraz będzie error. A jeszcze muszę dzisiaj wykonać kilka czynności intelektualnych przed resetem.
Wyszłam się więc szybko przewietrzyć. Na świeżym powietrzu moje beczułki też się okazały mieć cztery poziomy. Wolę już o tym nie myśleć, bo dochodzi do niebezpiecznych zapętleń i zaraz będzie error. A jeszcze muszę dzisiaj wykonać kilka czynności intelektualnych przed resetem.
niedziela, 21 października 2007
Warning! (disgusting)
Kto należy do obrzydliwców, czyli takich ludzi, których odrażają robaki, niestetyczne zawiesiny, odgłosy paszczą i niepaszczą, objawy przemijania, czynności fizjologiczne i tak dalej, czytać tego posta nie powinien, albowiem jest on pozbawiony dobrego smaku, wartości estetycznych oraz sięga swym tonem literackiej piwnicy, której nie da się uwznioślić imieniem "underground". No ale pocieszam się, że "piwnica też poziom", jak zwykła w chwilach miłosierdzia mawiać Marta D.
To jest właśnie ten moment, w którym osobnicy o delikatnym żołądku dają nogę.
[No dobra, jak tamci już odeszli, to mogę się przyznać, że nie będzie tak strasznie.]
Zaistniała taka potrzeba, by odnaleźć w ogromnych, niesamowicie chaotycznym supermarkecie (bo niechaotycznych nie tworzy się w Chinach, gdyż Chińczycy nic nie mogliby znaleźć) artykuł, którego nie można odnaleźć w małym, delikatnie chaotycznym sklepiku w rodzaju rodzimego Płaza. Mianowicie tampony. Udało mi się dokonać tego odkrycia po dwudziestu minutach przemykania się pomiędzy pięcioma regałami pełnymi podpasek, wkładek higienicznych, patyczków do uszu i wacików - na pół półki tamponów 90 procent jakieś zajmowały supery, kilka paczek było minisów i tylko jedna normali. Myślę, że analiza tego zjawiska mogłaby stać się elementem pracy naukowej czy to anatoma czy to kulturoznawcy, a może specjalisty od biznesu, ja sie na interpretacji co najwyżej literackiej znam troszkę.
Sedno artykułu to zawartość opakowania, które w końcu nabyłam.
Oprócz standardowej zawartości (tampiki plus instrukcja - tu oczywiście w znaczyskach, pozwalająca zna poznanie chińskich nazw niektórych części ciała) znalazłam torebeczkę czegoś, co chyba można nazwać "opakowaniem na palec". Odliczona ilość sztuk... Obrazowo? Proszę: coś, co by zostało, jakby z foliowej rękawicy odciąć śródręcze i zostawić palce.
Przyprawiło mnie to o histeryczne zdumienie, pociekły mi łzy z radości, że takiego antropologicznego odkrycia dokonałam na moich badaniach terenowych! Dzikus przerósł swym umysłem Cywilizację!
Kocham chiński folklor! Folklor higieniczny!
To jest właśnie ten moment, w którym osobnicy o delikatnym żołądku dają nogę.
[No dobra, jak tamci już odeszli, to mogę się przyznać, że nie będzie tak strasznie.]
Zaistniała taka potrzeba, by odnaleźć w ogromnych, niesamowicie chaotycznym supermarkecie (bo niechaotycznych nie tworzy się w Chinach, gdyż Chińczycy nic nie mogliby znaleźć) artykuł, którego nie można odnaleźć w małym, delikatnie chaotycznym sklepiku w rodzaju rodzimego Płaza. Mianowicie tampony. Udało mi się dokonać tego odkrycia po dwudziestu minutach przemykania się pomiędzy pięcioma regałami pełnymi podpasek, wkładek higienicznych, patyczków do uszu i wacików - na pół półki tamponów 90 procent jakieś zajmowały supery, kilka paczek było minisów i tylko jedna normali. Myślę, że analiza tego zjawiska mogłaby stać się elementem pracy naukowej czy to anatoma czy to kulturoznawcy, a może specjalisty od biznesu, ja sie na interpretacji co najwyżej literackiej znam troszkę.
Sedno artykułu to zawartość opakowania, które w końcu nabyłam.
Oprócz standardowej zawartości (tampiki plus instrukcja - tu oczywiście w znaczyskach, pozwalająca zna poznanie chińskich nazw niektórych części ciała) znalazłam torebeczkę czegoś, co chyba można nazwać "opakowaniem na palec". Odliczona ilość sztuk... Obrazowo? Proszę: coś, co by zostało, jakby z foliowej rękawicy odciąć śródręcze i zostawić palce.
Przyprawiło mnie to o histeryczne zdumienie, pociekły mi łzy z radości, że takiego antropologicznego odkrycia dokonałam na moich badaniach terenowych! Dzikus przerósł swym umysłem Cywilizację!
Kocham chiński folklor! Folklor higieniczny!
Chiński Grus Grus
No jak oni to zrobili? No i kiedy? Cud krajobrazowy wyrósł mi w panoramie salonowej, konkretnie żółty (no właśnie, czemu one zawsze są żółte?), wysoki, z nosem… żuraw.
Widziałam już wcześniej, że na pobliskim placu budowy, na którym stały już trzy takie, zaczęli jakieś machinacji urządzać, któregoś dnia w miejscu machinacji pojawiła się, uwaga (werble): BUDKA pana dźwigowego. Metr wysoka konstrukcja żółta stalowa dźwigała dźwigową kabinę. Bezsensowny to był w gruncie rzeczy wynalazek. Poświęciłam mu więc tylko część mojej uwagi (resztę poświęcałam na łapanie oddechu, albowiem budowlany plac się znajduje akurat w tym miejscu, gdzie moja droga do domu pod najbardziej malowniczym kątem wije się wśród krzaczorów). Następnego dnia jednakowoż budka już nie stanowiła samotnej bezsensownej budki. Następnego dnia budka stanowiła budkę z nosem. To znaczy na wysokości jednego metra oprócz budki była już ta cała najważniejsza (moim zdaniem) część żurawia, horyzontalna, do powierzchni ziemi równoległa. Najśmieszniejsze było to, że spodziewając się dalszego ciągu historii dźwigowej rozejrzałam się dookoła za kimś, kto budkę w karłowaty dźwig przeistoczył, jednakowoż całość wyglądała na opuszczoną, a najbliższą żywą istotą byłam ja, a nie żaden tajemniczy stawiacz dźwigu. Nikogo!
No i dzisiaj idę tak sobie i patrzę w kierunku niedorostka, a tam już dorostek! Ogromny na kilka kondygnacji żuraw stoi na całkiem długiej nodze (żółtej).
No więc pytam: kto zbudował żurawia?
Kiedy ci tajemniczy sprawcy uczynili to?
I w końcu – jak? Jak zrobić nogę żurawia długą, jak jest ona krótka? Na pewno nie przez nakładanie na jedne klocki nowych klocków, ponieważ sama góra żurawia już tam była wcześniej! No i chciałam też dostrzec, iż nie było w okolicy prażurawia budującego żurawia.
Tajemnicza ta sytuacja wprawiła mnie w taki zachwyt, że chciałabym zostać panią dźwigową. Może właśnie taka przyszłość jest mi pisana, a ja tu wkuwam jakieś znaczyska?
Widziałam już wcześniej, że na pobliskim placu budowy, na którym stały już trzy takie, zaczęli jakieś machinacji urządzać, któregoś dnia w miejscu machinacji pojawiła się, uwaga (werble): BUDKA pana dźwigowego. Metr wysoka konstrukcja żółta stalowa dźwigała dźwigową kabinę. Bezsensowny to był w gruncie rzeczy wynalazek. Poświęciłam mu więc tylko część mojej uwagi (resztę poświęcałam na łapanie oddechu, albowiem budowlany plac się znajduje akurat w tym miejscu, gdzie moja droga do domu pod najbardziej malowniczym kątem wije się wśród krzaczorów). Następnego dnia jednakowoż budka już nie stanowiła samotnej bezsensownej budki. Następnego dnia budka stanowiła budkę z nosem. To znaczy na wysokości jednego metra oprócz budki była już ta cała najważniejsza (moim zdaniem) część żurawia, horyzontalna, do powierzchni ziemi równoległa. Najśmieszniejsze było to, że spodziewając się dalszego ciągu historii dźwigowej rozejrzałam się dookoła za kimś, kto budkę w karłowaty dźwig przeistoczył, jednakowoż całość wyglądała na opuszczoną, a najbliższą żywą istotą byłam ja, a nie żaden tajemniczy stawiacz dźwigu. Nikogo!
No i dzisiaj idę tak sobie i patrzę w kierunku niedorostka, a tam już dorostek! Ogromny na kilka kondygnacji żuraw stoi na całkiem długiej nodze (żółtej).
No więc pytam: kto zbudował żurawia?
Kiedy ci tajemniczy sprawcy uczynili to?
I w końcu – jak? Jak zrobić nogę żurawia długą, jak jest ona krótka? Na pewno nie przez nakładanie na jedne klocki nowych klocków, ponieważ sama góra żurawia już tam była wcześniej! No i chciałam też dostrzec, iż nie było w okolicy prażurawia budującego żurawia.
Tajemnicza ta sytuacja wprawiła mnie w taki zachwyt, że chciałabym zostać panią dźwigową. Może właśnie taka przyszłość jest mi pisana, a ja tu wkuwam jakieś znaczyska?
Subskrybuj:
Posty (Atom)