W niebieskim kwadraciku - rzeczywistość europejska, w czerwonym - chińska, a ilustracja prezentuje to, co się dzieje na ulicach w weekendy. Nic dodać, nic ująć. Zwłaszcza, jeżeli się założy, że niebieskie, to terytorium NRD/RFN.* Tak, to jest po polsku. Ten twór lingwistyczny powstał w nietuzinkowym umyśle Pana K., twórcy "Cho do kina". Zresztą będzie o tym gdzieś w postach poniżej, jeżeli się zagłębisz :)
niedziela, 11 listopada 2007
W niedzielne popołudnie na ulicach
W niebieskim kwadraciku - rzeczywistość europejska, w czerwonym - chińska, a ilustracja prezentuje to, co się dzieje na ulicach w weekendy. Nic dodać, nic ująć. Zwłaszcza, jeżeli się założy, że niebieskie, to terytorium NRD/RFN.sobota, 10 listopada 2007
Ja.
Incredible
Mnóstwo Chińczyków myśli, że wszędzie poza Chinami językiem urzędowym jest angielski.
Zdziwienie Feja na moje sprostowanie, że bynajmniej - bezcenne.
A w świątyni lub w innym miejscu szepcza do siebie teatralnie: meiguoren, co oznacza mieszkanca Ameryki.
I podchodzą w sklepie, banku, restauracji i pytają: mei ai hei pi yu?
Ja na to - czy mógłby Pan po polsku mówić, bo nie czaję o co Panu biega?
Zdziwienie Feja na moje sprostowanie, że bynajmniej - bezcenne.
A w świątyni lub w innym miejscu szepcza do siebie teatralnie: meiguoren, co oznacza mieszkanca Ameryki.
I podchodzą w sklepie, banku, restauracji i pytają: mei ai hei pi yu?
Ja na to - czy mógłby Pan po polsku mówić, bo nie czaję o co Panu biega?
piątek, 9 listopada 2007
Made in China.
Dolar idzie na łeb na szyję.
Ale nie o tym będzie.
Po dwóch miesiącach oględzin wreszcie postanowiłam dokonać bardzo ważnego zakupu. Never stop exploring!
Ale nie o tym będzie.
Przechadzając się po sklepie muzycznym z płytami spotkałam zapoznanego na planie serialu płowego Izraelczyka, którego imię pozostaje dla mnie nadal zagadką, i zgadaliśmy się na temat muzy i absolutnie uwielbiamy tę samą muzę, czyli wszystkie płyty występujące w tym sklepie. Staliśmy tak przy półkach i rozprawialiśmy o solowych projektach muzyków The Car Is On Fire, podróbie Aira, ilości płyt the Cure występujących w naszych domowych zasobach i umówiliśmy się na poniedziałek na podmiankę muzyczną.
Ale nie o tym, ach nie o tym chcę pisać.
Po wyjściu ze sklepu muzycznego przechadzałam się i patrzę, a tam sklep typu butik z rozkosznymi na pierwszy rzut oka gadżetami. Więc weszłam. I od razu zakochałam się w czapeczce, która po przymiarce okazała się być stworzona dla mnie. Niby nic takiego, czapeczka czarna z dzianiny, ale ja ostatnio właśnie polowałam na czarną czapeczkę z dzianiny, by przyłączyć się do Willowego teamu. Bo Will ma czapeczkę czarną w ten deseń i gdy mi ją wciągnął na głowę, uznaliśmy, że to jest to. Tak, zdecydowanie to! Więc kupiłam czapeczkę, zachwycona nią i w ogóle we wspaniałym humorze byłam, tania czapeczka była!
I oto nadeszłam do domu mego po południu w piękny dzień piątek, objuczona wielkim pomelo (a wiecie co to pomelo?), napojem typu sok pomarańczowy z miąższem, ciastkami o nazwie sachima, które uwielbiam, ale których składu czy smaku niestety nie potrafię sprecyzować (no, przepraszam, no) oraz z moim wiekopomnym i wychuchanym, wymarzonym zakupem (never stop exploring!!!) i ową czapeczką i po odzieniu się w ukochany prezent dla siebie samej z okazji urodzin, które przecież kiedyś tam mam (never i tak dalej! Po stokroć never i tak dalej!) doszło do wkładania również czapeczki. No i co?
No i się okazało, że czapeczka wadę ma i to mega, mianowicie jest jakoś tak zrobiona, że się pruje i to jest jej, niestety, przeznaczenie, bo musi się pruć w takim stanie rzeczy, którego może nie będę precyzować, bo się nie znam na drutach, szydełkach i iglicach. Ale opcja oddania czapeczki zdecydowanie odpadała, bo czapeczka już pokochana została, a poza tym czy się oddaje psa, jak się go raz wzięło, choćby wnosił błoto i szczekał na sąsiadów? Nie! Może dla czytelnika czapka to nie pies, ale dla mnie właśnie ona jest pies, Azor ma na imię ta czapka teraz i basta!
Więc ja od popołudnia późnego do wieczora oczko po oczku uciekającym psu memu zastępczemu łapałam, i nadal wszystkich oczek nie złapałam. Jednakowoż, jak głosi pieśń ludowa, nie chodzi o to, aby gonić króliczka, ale by gonić go 嘛 (to obok to jest ma i może znak jest niezrozumiały, lecz musi tu być [嘛 znowu musi być użyte, bo musi, bo to Nosowskiej jest powiedzonko]).
I tak mnie teraz wkręca to łapanie tych oczek, że zaczynam to uwielbiać i podczas tej czynności tak wiele tematów przewija mi się między prawym a lewym uchem, że aż sobie się dziwię.
I co ciekawe - wydaje mi się, że te oczka są płci żeńskiej.
Chyba pójdę już spać.
PS. Jak się 嘛 używa, to to o erudycji świadczy.
Ma, ma, ma, a nawet Mama.
Ale nie o tym będzie.
Po dwóch miesiącach oględzin wreszcie postanowiłam dokonać bardzo ważnego zakupu. Never stop exploring!
Ale nie o tym będzie.
Przechadzając się po sklepie muzycznym z płytami spotkałam zapoznanego na planie serialu płowego Izraelczyka, którego imię pozostaje dla mnie nadal zagadką, i zgadaliśmy się na temat muzy i absolutnie uwielbiamy tę samą muzę, czyli wszystkie płyty występujące w tym sklepie. Staliśmy tak przy półkach i rozprawialiśmy o solowych projektach muzyków The Car Is On Fire, podróbie Aira, ilości płyt the Cure występujących w naszych domowych zasobach i umówiliśmy się na poniedziałek na podmiankę muzyczną.
Ale nie o tym, ach nie o tym chcę pisać.
Po wyjściu ze sklepu muzycznego przechadzałam się i patrzę, a tam sklep typu butik z rozkosznymi na pierwszy rzut oka gadżetami. Więc weszłam. I od razu zakochałam się w czapeczce, która po przymiarce okazała się być stworzona dla mnie. Niby nic takiego, czapeczka czarna z dzianiny, ale ja ostatnio właśnie polowałam na czarną czapeczkę z dzianiny, by przyłączyć się do Willowego teamu. Bo Will ma czapeczkę czarną w ten deseń i gdy mi ją wciągnął na głowę, uznaliśmy, że to jest to. Tak, zdecydowanie to! Więc kupiłam czapeczkę, zachwycona nią i w ogóle we wspaniałym humorze byłam, tania czapeczka była!
I oto nadeszłam do domu mego po południu w piękny dzień piątek, objuczona wielkim pomelo (a wiecie co to pomelo?), napojem typu sok pomarańczowy z miąższem, ciastkami o nazwie sachima, które uwielbiam, ale których składu czy smaku niestety nie potrafię sprecyzować (no, przepraszam, no) oraz z moim wiekopomnym i wychuchanym, wymarzonym zakupem (never stop exploring!!!) i ową czapeczką i po odzieniu się w ukochany prezent dla siebie samej z okazji urodzin, które przecież kiedyś tam mam (never i tak dalej! Po stokroć never i tak dalej!) doszło do wkładania również czapeczki. No i co?
No i się okazało, że czapeczka wadę ma i to mega, mianowicie jest jakoś tak zrobiona, że się pruje i to jest jej, niestety, przeznaczenie, bo musi się pruć w takim stanie rzeczy, którego może nie będę precyzować, bo się nie znam na drutach, szydełkach i iglicach. Ale opcja oddania czapeczki zdecydowanie odpadała, bo czapeczka już pokochana została, a poza tym czy się oddaje psa, jak się go raz wzięło, choćby wnosił błoto i szczekał na sąsiadów? Nie! Może dla czytelnika czapka to nie pies, ale dla mnie właśnie ona jest pies, Azor ma na imię ta czapka teraz i basta!
Więc ja od popołudnia późnego do wieczora oczko po oczku uciekającym psu memu zastępczemu łapałam, i nadal wszystkich oczek nie złapałam. Jednakowoż, jak głosi pieśń ludowa, nie chodzi o to, aby gonić króliczka, ale by gonić go 嘛 (to obok to jest ma i może znak jest niezrozumiały, lecz musi tu być [嘛 znowu musi być użyte, bo musi, bo to Nosowskiej jest powiedzonko]).
I tak mnie teraz wkręca to łapanie tych oczek, że zaczynam to uwielbiać i podczas tej czynności tak wiele tematów przewija mi się między prawym a lewym uchem, że aż sobie się dziwię.
I co ciekawe - wydaje mi się, że te oczka są płci żeńskiej.
Chyba pójdę już spać.
PS. Jak się 嘛 używa, to to o erudycji świadczy.
Ma, ma, ma, a nawet Mama.
Słońce wyłazi ślamazarnie
Dzień dobry. Mówię dzień dobry, bo jest godzina 7:17, a Polsce jaka jest godzina, trudno ustalić, nie mam bowiem mózgu. On się jeszcze nie obudził. Wstałam sobie o szóstej rano, by napisać 日记, zwane rzygami, to jest chińska wersja pamiętniczka. Ale nie dam czytać Małej Dzikiej Śliwce (o której jeszcze napiszę jak mi się będzie chciało - jak nie, to już trudno) o moich intymnych doświadczeniach, niech sobie serial włączy, w końcu lubi seriale oraz zdarza jej się zatęsknić do boskich chińskich aktorów - bożyszczy, sama nam mówiła przy okazji naszych wyznań (wymuszonych) na forum grupy na temat naszych wiekopomnych ról w superprodukcji chińskiej. O której jeszcze napiszę, jak mi się będzie chciało. A jak nie - no trudno.
Więc nie napisałam rzygów, po chińsku rzydzi, tylko uruchomiłam sobie muzykę Wilco, i obejrzałam w piętnaście minut wszystkie filmy, jakie miałam, bardzo lubię tak sobie poprzeskakiwać i to od końca i obejrzeć tylko niektóre kadry. I sobie poprzeskakiwałam, dochodząc do wniosku (ponownie), że Screamin' Jay Hawkins mnie przeraża, Audrey Tautou jest bardzo sympatyczna, Tom Waits przypomina mi znajomego, a Cartmana i Kennego nie jestem w stanie zrozumieć. I w tenże sposób zrobiła się godzina, w której to magicznej godzinie słońce ociężale wytoczyło swe brzuszysko na nieboskłon, pozorując świecenie. I w tejże magicznej godzinie ja muszę wymienić jeden set bardzo ciepłych ciuchów na inny set jeszcze cieplejszych ciuchów, co będzie wymagało włączenia maszynerii myślenia.
Czy już pisałam, że Mała Dzika Śliwka (o której napiszę jeszcze, bądź też o której już nie napiszę) wkleiła mi wczoraj do rzygowego zeszyciku naklejki kolorowe wypukłe wielkości drugiego końca ołówka, a w to w nagrodę za to, iż użyłam w mojej wypowiedzi na temat kradzieży portfela i telefonu świeżo wyuczonych konstrukcji o wyższym stopniu zaawansowania? Nie pisałam? No to jak mi się będzie chciało, to jasna sprawa - jeszcze o tym napiszę, a jeżeli nie znajdę w sobie nastroju, to sprawa oczywista - nie napiszę.
Życzę wszystkim miłego dnia lub miłej nocy, opcja do wyboru.
Więc nie napisałam rzygów, po chińsku rzydzi, tylko uruchomiłam sobie muzykę Wilco, i obejrzałam w piętnaście minut wszystkie filmy, jakie miałam, bardzo lubię tak sobie poprzeskakiwać i to od końca i obejrzeć tylko niektóre kadry. I sobie poprzeskakiwałam, dochodząc do wniosku (ponownie), że Screamin' Jay Hawkins mnie przeraża, Audrey Tautou jest bardzo sympatyczna, Tom Waits przypomina mi znajomego, a Cartmana i Kennego nie jestem w stanie zrozumieć. I w tenże sposób zrobiła się godzina, w której to magicznej godzinie słońce ociężale wytoczyło swe brzuszysko na nieboskłon, pozorując świecenie. I w tejże magicznej godzinie ja muszę wymienić jeden set bardzo ciepłych ciuchów na inny set jeszcze cieplejszych ciuchów, co będzie wymagało włączenia maszynerii myślenia.
Czy już pisałam, że Mała Dzika Śliwka (o której napiszę jeszcze, bądź też o której już nie napiszę) wkleiła mi wczoraj do rzygowego zeszyciku naklejki kolorowe wypukłe wielkości drugiego końca ołówka, a w to w nagrodę za to, iż użyłam w mojej wypowiedzi na temat kradzieży portfela i telefonu świeżo wyuczonych konstrukcji o wyższym stopniu zaawansowania? Nie pisałam? No to jak mi się będzie chciało, to jasna sprawa - jeszcze o tym napiszę, a jeżeli nie znajdę w sobie nastroju, to sprawa oczywista - nie napiszę.
Życzę wszystkim miłego dnia lub miłej nocy, opcja do wyboru.
piątek, 2 listopada 2007
Prawdziwe życie - odcinek drugi.
Prawdziwe życie studenckie polegające na nieustannych utarczkach z losem, który usiłuje mnie uczynić dojrzałą poprzez fundowanie mi coraz to nowych doświadczeń wszelkiego rodzaju, zostało na chwilę przerwane, albowiem miałam sesję. Egzaminacyjną. Trzy egzaminy: gadanie, słuchanie i główkowanie (bo ostatni egzamin to były takie szachy, taka trochę kostka rubika, taka szarada, trochę zgaduj-zgadula, ale generalnie wyzwanie dla intelektu, jakie najbardziej lubię). Wyniki już są, i, co nikogo nie dziwi, Koreańczycy byli lepsi. Postanowiłam również tym razem nie dostawać ataku histerii z powodu nie najlepszego wyniku egzaminu i w ogóle przestać się już interesować egzaminami, a przejść do tego, co się dzieje. Nie będę się rozwodzić na temat kradzieży dokonanej na moim plecaku, pominę fakt tryskającej w toalecie nieujarzmionej wody, o dziewczynie francuskiej narodowości, którą odwieziono samolotem do szpitala w Szanghaju, z powodu braku w mieście Kunming odpowiedniego oddziału w szpitalu psychiatrycznym też pisać nie będę, bo wszystkie te fakty jakoby przebrzmiały.
Za to pragnę napisać o czymś innym, mianowicie o smalcu.
Smalec tudzież boczek.
Wczoraj udałam sie wieczorkiem do znajomych i przyjaciół, by pokazać im arcydzieło sztuki, jakim jest moim zdaniem film "Stomp: Out Loud" o ludziach, którzy wytwarzają muzykę za pomocą piłek do koszykówki, kart do pokera i jabłek. I postanowiłam, przechodząc obok cukierni o wdzięcznej (i dźwięcznej) nazwie SRYK, nabyć na chybił trafił trzy słodkie bułeczki.
Bułeczki były faktycznie słodziutki, polane lukierem. Glancem tak zwanym. W środku miały natomiast nadzienie. Egzotyczne, ale jakże swojskie. Drożdżówki ze smalcem tudzież boczkiem jadł ktoś? No ja nie. To znaczy już teraz tak. I mogę powiedzieć, że wolę zdecydowanie kompozycję chleb+smalec+sól+ogórek kwaszony.
Tak więc z kulinarnych atrakcji jest to zdecydowanie najbardziej robiąca szał, mimo, że jadłam tu już pomidory z cukrem, lody o smaku kukurydzy lub groszku lub fasoli, pomarańczę wielkości piłki do siatkówki.
Za to pragnę napisać o czymś innym, mianowicie o smalcu.
Smalec tudzież boczek.
Wczoraj udałam sie wieczorkiem do znajomych i przyjaciół, by pokazać im arcydzieło sztuki, jakim jest moim zdaniem film "Stomp: Out Loud" o ludziach, którzy wytwarzają muzykę za pomocą piłek do koszykówki, kart do pokera i jabłek. I postanowiłam, przechodząc obok cukierni o wdzięcznej (i dźwięcznej) nazwie SRYK, nabyć na chybił trafił trzy słodkie bułeczki.
Bułeczki były faktycznie słodziutki, polane lukierem. Glancem tak zwanym. W środku miały natomiast nadzienie. Egzotyczne, ale jakże swojskie. Drożdżówki ze smalcem tudzież boczkiem jadł ktoś? No ja nie. To znaczy już teraz tak. I mogę powiedzieć, że wolę zdecydowanie kompozycję chleb+smalec+sól+ogórek kwaszony.
Tak więc z kulinarnych atrakcji jest to zdecydowanie najbardziej robiąca szał, mimo, że jadłam tu już pomidory z cukrem, lody o smaku kukurydzy lub groszku lub fasoli, pomarańczę wielkości piłki do siatkówki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
