Jutro idę do chińskiego dentysty.
Wznoście modły.
* Tak, to jest po polsku. Ten twór lingwistyczny powstał w nietuzinkowym umyśle Pana K., twórcy "Cho do kina". Zresztą będzie o tym gdzieś w postach poniżej, jeżeli się zagłębisz :)
czwartek, 17 stycznia 2008
środa, 9 stycznia 2008
...
Sesja.
Jutro egzamin.
No to uczę się znaków i czytam opowiastki w znakach.
Co z tego wynika? Ano to, że ślepnę.
I tu sedno: jak przyjadę do kraju malowanego zbożem rozmaitem gdzie dzięcielina pała rumieńcem to idę dokonać zimnego brutalnego strzelenia focha kobiecie, która sprzedała mi okulary.
Które leżą mi w poprzek twarzy i spadają, gdy się spogląda w kierunku innym niż nieboskłon.
No ale przynajmniej są one niczym facet: z nimi źle, a bez nich jeszcze gorzej.
Jutro egzamin.
No to uczę się znaków i czytam opowiastki w znakach.
Co z tego wynika? Ano to, że ślepnę.
I tu sedno: jak przyjadę do kraju malowanego zbożem rozmaitem gdzie dzięcielina pała rumieńcem to idę dokonać zimnego brutalnego strzelenia focha kobiecie, która sprzedała mi okulary.
Które leżą mi w poprzek twarzy i spadają, gdy się spogląda w kierunku innym niż nieboskłon.
No ale przynajmniej są one niczym facet: z nimi źle, a bez nich jeszcze gorzej.
niedziela, 6 stycznia 2008
Rospasana natura
Czy przedstawiałam już państwu Zamordyzma? Zamordyzm to mój kwiatek, imię takie dostał, bo czyni cuda z mimiką widza, taki piękny jest. Jest rasy orchidea, nabyty został w październiku za jakąś bardzo ale to bardzo śmieszną kwotę wytargowaną u pani na znanym w całym Yunnanie Targu Kwiatów i Ptaków (miejsce to powinno dostać jakąś ochronę UNESCO albo czegoś równie wszechmocnego przed atakującymi je buldożerami z każdej niemal strony, bo to ścisłe centrum jest). W październiku zbierało mu się na kwitnienie, w listopadzie miał już każdy ze swoich pięciu przepięknych kwiatuszków. Oczywiście nie przekwitł ani troszkę i mimo, że obchodzę się z nim okrutnie, pojąc go raz na trzy tygodnie (bo biedak nie przypomina o sobie ani zajawką zwiotczenia), właśnie postanowił powić kolejne dzieciny!
W tym momencie pojawiło się w mej głowinie wspomnienie pradziada zamordyzma ze strony ciotecznej wujenki, czyli mojego prześlicznego storczyka polskiego, wgapiającego się pewnie teraz w szary o tej porze roku ogródek sąsiadki Michaliny. Roślin ten (a kto powiedział, że rośliny wszystkie są rodzaju żeńskiego?) tuż przed moim wyjazdem urządził strajk i żałośnie porzucił wszystkie swoje dzieciątka w kolorze białym... Ciekawe czy się już reaktywował, czy nadal ukazuje światu swój urażony kikut. Koniecznie muszę mu nadać imię! Pomyślę, chrzciny i tak nastąpią dopiero po moim powrocie do pokoju z widokiem na ogródek Michasi (wtedy już kolorowy).
Chciałam jednak dodać (pozwoliłam sobie użyć cytatu z koleżanki Anity P.), że wypuszczaniu na końcach gałęzi kolorowych ozdóbek oddają się obecnie wszystkie zdolne do tego drzewa. Szczytem estetycznej ekstazy raczy nas widok kwitnących MAGNOLII (oh!). Muszę porobić zdjęcia...
A Polska zamarza.
To czemu tak mi się chce do domu????????
W tym momencie pojawiło się w mej głowinie wspomnienie pradziada zamordyzma ze strony ciotecznej wujenki, czyli mojego prześlicznego storczyka polskiego, wgapiającego się pewnie teraz w szary o tej porze roku ogródek sąsiadki Michaliny. Roślin ten (a kto powiedział, że rośliny wszystkie są rodzaju żeńskiego?) tuż przed moim wyjazdem urządził strajk i żałośnie porzucił wszystkie swoje dzieciątka w kolorze białym... Ciekawe czy się już reaktywował, czy nadal ukazuje światu swój urażony kikut. Koniecznie muszę mu nadać imię! Pomyślę, chrzciny i tak nastąpią dopiero po moim powrocie do pokoju z widokiem na ogródek Michasi (wtedy już kolorowy).
Chciałam jednak dodać (pozwoliłam sobie użyć cytatu z koleżanki Anity P.), że wypuszczaniu na końcach gałęzi kolorowych ozdóbek oddają się obecnie wszystkie zdolne do tego drzewa. Szczytem estetycznej ekstazy raczy nas widok kwitnących MAGNOLII (oh!). Muszę porobić zdjęcia...
A Polska zamarza.
To czemu tak mi się chce do domu????????
piątek, 4 stycznia 2008
Dupa
Seaton umie powiedzieć po polsku już tak i nie, czym popisywał się przede mną dzisiaj upierdliwie. Więc go zapytałam: a "dupa" umiesz powiedzieć?
Odpowiedź Seatona: "Dupa is the Russian parliament, isn't it?"
Odpowiedź Seatona: "Dupa is the Russian parliament, isn't it?"
Pies
Niniejszy post jest kontynuacją poprzedniego posta (patrz w dół).
Pies był uwędzony.
Ciemny, ciemniejszy od krowy.
Miał łapki i nosek. I oczodoły.
Był rasy wcale nie pekińskiej.
Wyglądał jak moja świętej pamięci Pina!!!!!!!!!!
Przepraszam, ale ja już nie byłam głodna.
Pies był uwędzony.
Ciemny, ciemniejszy od krowy.
Miał łapki i nosek. I oczodoły.
Był rasy wcale nie pekińskiej.
Wyglądał jak moja świętej pamięci Pina!!!!!!!!!!
Przepraszam, ale ja już nie byłam głodna.
Fressstraße
Wczoraj w godzinach wieczornych umówiłam się z April we French Cafe celem edukacji. Po jakiejś godzinie rozgryzania niuansów istniejących w chińszczyźnie w sposób rozpasany i bezczelny w ilości nadprogramowej nagle w knajpie pojawił się Jan, obywatel kraju ościennego względem Polski. I jako, że akurat nastąpiła pora przejścia na niemczyznę, bo ja April nauczam właśnie tego języka, to obywatel kraju ościennego, tak zwany native speaker bez problemu mógł się dosiąść, by orzekać o poprawności moich tłumaczeń ewentualnie. Jednakowoż dosiądnięcie się Jana zrodziło spore trudności, albowiem, primo, tłumaczenie native speakera zawsze wygląda tak: nie wiem czemu tak jest, ale to brzmi jakoś lepiej. A secundo: Jan zdezorganizował całą lekcję, bo przeczytawszy imię bohatera podręcznika (Hans) zaczął śmiać się śmiechem radosnym i niesamowicie wręcz zaraźliwym, siedzieliśmy tak więc we troje przed French Cafe umierając ze śmiechu, w tym Jan wiedział, z czego się śmieje, ja wiedziałam połowicznie, a April w ogóle nie wiedziała. Potem się nagle wpół do dziesiątej zrobiło i April musiała jechać do domu, bo mieszka na przedmieściach, czyli jakieś 20 km od French Cafe. A do mnie zadzwoniła Agnieszka, Polka, co ją kiedyś podczas jakiejś imprezy zapoznałam, i wyraziła chęć poznania bliższego w Hump Barze. Hump Bar to knajpa na drugim końcu śródmieścia, tak więc wsiedliśmy na rower - Jan na siodełku, ja na bagażniku i ruszyliśmy w tamtym humpowym kierunku.
Mi się przypomniało po jakimś kilometrze, że przecież do French Cafe przyszłam nie tylko uczyć się, lecz również spożyć pożywną kolację, i to, że zapomniałam spożyć tejże może stać się przyczyną kłopotów moich zdrowotnych po wypiciu jednego zapoznawczego piwka marki Dali w Humpie. Jan jednak znalazł wyjście z sytuacji. Oznajmił, że ostatnio jechał taksą na skróty przez centrum z Humpu właśnie i okiem swym dostrzegł za szybami taryfy taką jedną wspaniałą Fressstraße (uliczkę z żarciem), z gatunku przez nas uwielbianego (styl szpilunge, a szpilunge to w szwabskim slangu jest taka najgorszego rodzaju żarłodajnia). No to ruszyliśmy tym bicyklem w kierunku tej ulicy, jednakowoż jej lokalizacja była tylko kwestią domysłów. Godzinę jeździliśmy po tym śródmieściu i nic! Nie ma to jednak jak rasowa kobieca Intuicja - zachciało mi sie kręcić w jakąś taką trochę podejrzaną gaskę i co? I voila! Ulica gwarna (godzina jedenasta już była wieczorem), po obu stronach obskurne knajpki, po prostu raj dla kogoś głodnego i kochającego chińską kuchnię.
Przechadzaliśy się chwilę pomiędzy stoiskami z jedzeniem i co?
[Odgłos zdartej płyty] Pies.
Mi się przypomniało po jakimś kilometrze, że przecież do French Cafe przyszłam nie tylko uczyć się, lecz również spożyć pożywną kolację, i to, że zapomniałam spożyć tejże może stać się przyczyną kłopotów moich zdrowotnych po wypiciu jednego zapoznawczego piwka marki Dali w Humpie. Jan jednak znalazł wyjście z sytuacji. Oznajmił, że ostatnio jechał taksą na skróty przez centrum z Humpu właśnie i okiem swym dostrzegł za szybami taryfy taką jedną wspaniałą Fressstraße (uliczkę z żarciem), z gatunku przez nas uwielbianego (styl szpilunge, a szpilunge to w szwabskim slangu jest taka najgorszego rodzaju żarłodajnia). No to ruszyliśmy tym bicyklem w kierunku tej ulicy, jednakowoż jej lokalizacja była tylko kwestią domysłów. Godzinę jeździliśmy po tym śródmieściu i nic! Nie ma to jednak jak rasowa kobieca Intuicja - zachciało mi sie kręcić w jakąś taką trochę podejrzaną gaskę i co? I voila! Ulica gwarna (godzina jedenasta już była wieczorem), po obu stronach obskurne knajpki, po prostu raj dla kogoś głodnego i kochającego chińską kuchnię.
Przechadzaliśy się chwilę pomiędzy stoiskami z jedzeniem i co?
[Odgłos zdartej płyty] Pies.
Wypowiedź autoteliczna numer jeden
Znowu zaspałam na zajęcia.
Moje zdolności w dziedzinie snu nie mają granic, ostatnio wyśniłam, że zostało mi przyznane stypendium w mieście Brisbane na kontynencie australijskim (nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, musiałam na następny dzień zapytać kompetentnych istot, czy miasto takie istnieje na kontynencie Australia i okazało się, że owszem, jest). O stypendium to żadnych próśb w wysokich dziekanatach i ministerstwach nie składałam, to samo Brisbane zaprosiło mnie, albowiem taka się miastu temu miła i fajna wydałam. No i pojawiły się problemy (nadal w niewirtualnej nierzeczywistości snu) następującego gatunku: jechać z Chin prostu do Brisbane czy może jednak po drodze odwiedzić rodzinne strony? Oczywiście pragnienie powrotu do Śremu na Helenki (nie do Europy, czy Polski tylko w to konkretne miejsce) było silne niesamowicie również pod powiekami, no ale nawet do snu dotarły kwestie pieniędzy, bo jak wiadomo, Australia jest bliżej Chin niż Polski (łał, topografia globusa też do snu przeniknęła)... I tak mi się śniło o Brisbane i kangurach, aż rozgadał mi się budzik po angielsku z akcentem mandaryńskim wybitnie ("It is time to get up") i zostałam wyrwana ze snu i pierwszą myślą było, że, kurnik, szopa (przekleństwo zapożyczone z języka słowackiego), sny przerastają jakościowo zastane cyrkumstansy. Nie ma Australii, gdzie obecnie jest lato (40 stopni Celsjuszowych), lecz jest Yunnan, gdzie jest zima (19 stopni Celsjuszowych). Wtedy wstałam z mojego kocyka służącego za posłanie i poszłam na zajęcia, gdzie stwierdziłam po raz siedemdziesiąty pierwszy, że tego języka nie da się nauczyć.
Natomiast dzisiaj, jak już wiadomo z prologu, zaspałam.
Smutny ten fakt zanotowałam o godzinie jedenastej. Następnym smutnym faktem zantowanym jest to, że jedyną rzeczą, na którą mam teraz prawdziwą ochotę, jest lektura powieści współczesnej jakiegoś polskiego niestarego autora, a pragnienie to zaspokojonym być nie może, ponieważ jedyny dyskurs w formie papieru, jakim dysponuję, to przewodnik Pascala po chińskich krainach licznych i komercyjnych. Nie mogąc uraczyć się czyimś dyskursem, odpaliłam tego oto kompa, którego czytelnik widzieć nie może (ale może sobie imaginować, jak bardzo brudny jest to komputer, zakurzony, oblepiony resztkami wycinanek, brokatem, czekoladą bez odrobiny kakao, a ja przy nim, w podobnej kondycji estetycznej) i stwierdziłam, że sama wyprodukuję jakiś tekst zdatny do czytania, przepraszam za brak treści, ale chodzi o samo pisanie. I tak jedząc sobie biały proszek zwany na wyrost śmietanką do kawy, który został mi od sylwestra (świętowanego hucznie w moim gospodarstwie domowym) oraz słuchając wszystkiego: to muzyki, to dudnienia z pobliskiej budowy kolejnego najwyższego wieżowca na świecie spłodziłam pierwszego od eonów posta na łamach mojego bloga.
[Martooha Siek, znana na tej długości geograficznej jako 谢兰芬]
Moje zdolności w dziedzinie snu nie mają granic, ostatnio wyśniłam, że zostało mi przyznane stypendium w mieście Brisbane na kontynencie australijskim (nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, musiałam na następny dzień zapytać kompetentnych istot, czy miasto takie istnieje na kontynencie Australia i okazało się, że owszem, jest). O stypendium to żadnych próśb w wysokich dziekanatach i ministerstwach nie składałam, to samo Brisbane zaprosiło mnie, albowiem taka się miastu temu miła i fajna wydałam. No i pojawiły się problemy (nadal w niewirtualnej nierzeczywistości snu) następującego gatunku: jechać z Chin prostu do Brisbane czy może jednak po drodze odwiedzić rodzinne strony? Oczywiście pragnienie powrotu do Śremu na Helenki (nie do Europy, czy Polski tylko w to konkretne miejsce) było silne niesamowicie również pod powiekami, no ale nawet do snu dotarły kwestie pieniędzy, bo jak wiadomo, Australia jest bliżej Chin niż Polski (łał, topografia globusa też do snu przeniknęła)... I tak mi się śniło o Brisbane i kangurach, aż rozgadał mi się budzik po angielsku z akcentem mandaryńskim wybitnie ("It is time to get up") i zostałam wyrwana ze snu i pierwszą myślą było, że, kurnik, szopa (przekleństwo zapożyczone z języka słowackiego), sny przerastają jakościowo zastane cyrkumstansy. Nie ma Australii, gdzie obecnie jest lato (40 stopni Celsjuszowych), lecz jest Yunnan, gdzie jest zima (19 stopni Celsjuszowych). Wtedy wstałam z mojego kocyka służącego za posłanie i poszłam na zajęcia, gdzie stwierdziłam po raz siedemdziesiąty pierwszy, że tego języka nie da się nauczyć.
Natomiast dzisiaj, jak już wiadomo z prologu, zaspałam.
Smutny ten fakt zanotowałam o godzinie jedenastej. Następnym smutnym faktem zantowanym jest to, że jedyną rzeczą, na którą mam teraz prawdziwą ochotę, jest lektura powieści współczesnej jakiegoś polskiego niestarego autora, a pragnienie to zaspokojonym być nie może, ponieważ jedyny dyskurs w formie papieru, jakim dysponuję, to przewodnik Pascala po chińskich krainach licznych i komercyjnych. Nie mogąc uraczyć się czyimś dyskursem, odpaliłam tego oto kompa, którego czytelnik widzieć nie może (ale może sobie imaginować, jak bardzo brudny jest to komputer, zakurzony, oblepiony resztkami wycinanek, brokatem, czekoladą bez odrobiny kakao, a ja przy nim, w podobnej kondycji estetycznej) i stwierdziłam, że sama wyprodukuję jakiś tekst zdatny do czytania, przepraszam za brak treści, ale chodzi o samo pisanie. I tak jedząc sobie biały proszek zwany na wyrost śmietanką do kawy, który został mi od sylwestra (świętowanego hucznie w moim gospodarstwie domowym) oraz słuchając wszystkiego: to muzyki, to dudnienia z pobliskiej budowy kolejnego najwyższego wieżowca na świecie spłodziłam pierwszego od eonów posta na łamach mojego bloga.
[Martooha Siek, znana na tej długości geograficznej jako 谢兰芬]
Subskrybuj:
Posty (Atom)