czwartek, 6 marca 2008

Ekologiczne problemy

Siedzimy we trójkę w kawiarni: April, czyli moja koleżanka Chinka, Howard, czyli amerykański kolega April i ja, z Polski. Przyjemnie sobie rozmawiamy po chińsku, ja jestem najsłabsza, więc co rusz słyszę nowy dla siebie wyraz, który jest mi objaśniany. Wyjmuję w końcu piórnik z torebki, z piórnika kołek pozostały po ołówku i pragnę przystąpić do notowania wszystkich ślicznych chińskich sformułowań memu umysłowi jeszcze obcych. I wtedy April daje mi ołówek automatyczny w prezencie. Oczywiście dziękuję ślicznie za dar (z naklejką Kubusiowo-Puchatkową w dodatku; tak tak, April ma 32 lata), ale na mojej twarzy rysuje się zdziwienie, bo nie przypominam sobie żadnej okazji ze znanego mi kalendarza do dawania sobie ołówków automatycznych z Kubusiem Puchatkiem. April szybko łapie mój wzrok i mówi: w Chinach takie ołówki są tanie bardzo. Więc skoro na Zachodzie są drogie, to daję Ci w prezencie.
Wymieniamy z Howardem spojrzenia. Howard mówi: nie wiem jak w Polsce, ale w USA są to rzeczy tanie.
Ja mówię, że nie znam się, bo zawsze kupuję drewniane ołówki.
April się dziwi, dlaczego kupujemy te drewniane ołówki. W sumie nigdy się nie zastanawiałam, dlaczego kupuję drewniane ołówki, dlaczego lubię w ogóle ołówkiem pisać i tak dalej, ale jakoś nam się na raz z Howardem uzasadnienie podobne globalne nasuwa: drewniane ołówki są lepsze dla naszej Matki Natury.
April (typowo chińskie podejście): no właśnie nie - na to jest potrzebne drewno! Drewno jest z drzew, które trzeba wycinać. Podczas gdy ja używam jednego ołówka dwa lata, wy marnotrawicie pół drzewa w tym czasie.
My (typowo zachodnie podejście): no ale ołówek z plastiku będzie się ponad sto lat rozkładał na wysypisku.
No i kto ma rację?

poniedziałek, 3 marca 2008

Nie wytrzymam, permanentna inwigilacja

Sfrustrowana ciągłym szpiegostwem likwiduję co niektóre galerie na mojej pikasie, oraz wypikuję nazwiska agentów w minionych nowinkach.
Chciałoby się jeszcze powiedzieć: nie wstanę, tak będę leżał, ale skoro Solidarność nie poległa, to ja też nie!

piątek, 29 lutego 2008

Śnieg

W nocy spadł, jest jeden stopień temperatury, idę się nim pocieszyć, bo do wieczora zniknie.

czwartek, 28 lutego 2008

Taka choroba

Obudziłam się po 15 godzinach snu, przerwanych półgodzinnym rozmyślaniem, czy wstać (bo jak nie wstanę, to prześpię ponad dwanaście godzin, a gdy prześpię ponad dwanaście godzin, to przez cały tak zwany dzień po przebudzeniu będę czuła się tragicznie) lub nie wstać (bo nie chciało mi się wstawać o północy, gdyż nic ciekawego nie dzieje się o północy, gdyż normalni ludzie, z którymi lubię spędzać czas albo już śpią, albo już o spaniu myślą).
Faktycznie rano czułam się tragicznie. Teraz też czuję się tragicznie. W Kunmingu jest chyba zima stulecia, jutro może spaść śnieg, a dzisiaj jest jakieś pięć stopni (max) lub dwa (min). Po przebudzeniu przez godzinę nie wykonywałam żadnych interesujących ani mnie ani czytelnika czynności, bo czułam się tragicznie. Potem wykonałam kilka pożytecznych czynności jak spożycie śniadania (powstrzymując wydalenie tegoż tą samą drogą, którą było aplikowane, ponieważ całość moich wnętrzności - podobnie jak zewnętrzności - buntowała się przed wykonywaniem jakichkolwiek prac), wypicie kawy, potem drugiej, potem trzeciej, potem czwartej, wrzucenie do pralki odzieży w ciemnych kolorach oraz ugotowanie własnego ciała we wrzątku lecącym miłościwie z prysznica. Pomyślałam, że fajnie by było wykonać jakąś gimnastykę, ale ostatecznie zrezygnowałam po pierwszych trzech brzuszkach, tłumacząc sobie, że i tak jestem piękna, a jak nie, to chociaż jestem mądra, co potwierdziło się w rozwiązaniu jednej zagadki typu sudoku.
Pomyślałam, że fajnie byłoby napisać jakiegoś posta na blogu, w którym utrwaliłabym dla siebie i potomnych moje fascynujące (mnie) przeżycia podczas jakiegoś tripu, których wiele ostatnio, ale przypomnienie sobie czegokolwiek nastręczyło mi ogromnych trudności. Napisała do mnie koleżanka, chciała się spotkać, pomyślałam, że fajnie by było, ale powiedziałam jej, że jestem przeraźliwie zajęta i że chętnie spotkam się w bliżej nieokreślonej przyszłości zwanej tradycyjnie w moim przypadku przyszłym tygodniem.
Włączyłam sobie muzykę typu wesoły blues, żeby wprawić się w radosny nastrój. Potem rozpętała się burza a bateria w moim komputerze poinformowała mnie, że jest pusta,więc wyłączyłam tegoż, bo ktoś mi kiedyś naopowiadał takich mrożących w żyłach krew historii, że jak podłączysz kompa do prądu podczas burzy, to możesz skazać go na trwałe kalectwo. Więc koniec z muzyką pogodną.
Gdy skończyła się burza (nota bene pierwsza od pół roku, jaką zdarzyło mi się przeżyć), włączyłam kompa, wpisałam w wyszukiwarkę jedyne przychodzące mi do głowy zdanie: "Chce mi się spać" i znalazłam, że to jest taka choroba, że śpisz do południa a chodzisz spać po północy (wczoraj nie poszłam spać po północy bo ucięłam sobie drzemkę po mega wyczerpującym przejściu 25 km w ciągu sześciu godzin na zimnie, ale drzemka mi się przedłużyła do południa dnia następnego), bo normalny człek odczuwa senność jak się ciemno robi.
Pomyślałam sobie, że dużo traci normalny człowiek, bo gwiazdy są piękne, a praca astronoma byłaby czymś dla mnie.

piątek, 22 lutego 2008

Wild Buffallo!

Dzisiejszy poranek spędziłam na bezmyślnym pogryzaniu zmutowanych nasion słonecznika-giganta i gapieniu się w ekran, na którym wyświetlało się jakieś arcydzieło animowane autorstwa radzieckiego mistrza gatunku Jurija Norsteina. Nie umiem czytać grażdanki, więc mogę podać jedynie substytut tytułu po angielsku, voila, oto i on: Tale of Tales.
I nie wiem o co biega, zdezorientowaniu ulegam, albowiem kolejny raz, w następnym oglądanym filmie, jedną z głównych ról odgrywa zwierzę wielkie a włochate żubr. Czy to może jakiś żubrzany (żubrówkowy) underground przemyca mi jakąś propolską propagandę?
To będzie moja, (post-)nowoczesna wersja patriotyzmu: żubr, trawa z Białowieży, trawowa wódka.

Do tych soków jabłkowych, wódek zielonych
Tęskno mi Panie.

środa, 20 lutego 2008

Alkoholologia filmoznawcza

Oglądam Suzhou River Ye Loua, chiński film o miłości, żeby skonfrontować rzeczywistość z filmowym ukazaniem tych zaułków, po których włóczyłam się bez celu przez tydzień, może osiem dni. W filmie tym jedną z głównych ról odgrywa (werble) polska wódka, bardzo dobra, bardzo znana.... Nie napisali tego na pudełku!
Bez niej wcale nie byłby to film o miłości. Byłby to film o rzece.

Niestety. W Chinach nie ma soku jabłkowego.

wtorek, 19 lutego 2008

Soluszyn

Jeżdżenie stopem jest absolutnie fajne, ja uwielbiam, zwłaszcza na długich trasach. W Chinach na razie zdarzyła mi się podwózka dwukilometrowa, nędzne więc mam doświadczenie tutaj. Po przyjeździe z feralnego wariatkowa, w normalnym czasie będącego całkiem przyjemnym dworcem kolejowym w stolicy Yunnanu, rzuciłam się do mojego atlasu drogowego, by zobaczyć, jak się można dostać do Chongqingu. Trasa nie wyglądała najbardziej sprzyjająco. Pamiętajmy: jesteśmy na Dzikim Zachodzie, gdzie wszędzie gdzie się da, powtykane są pasma gór o wysokości powyżej dwóch kilometrów nad poziomem morza. W których nikomu nie chce budować się tuneli ani mosteczków a la Szwajcaria. Więc z Kunmingu do Chongqingu trzeba jechać na około, przez stolicę prowincji Guizhou - Guiyang. Co automatycznie powoduje, że z ośmiuset kilometrów, które dzieli w linii prostej KM i ChQ, robi się nagle 1300. W Europie największym mym wyczynem stopowym na jeden dzień było coś pod 900 km, tak więc trzeba przewidzieć nocleg w Guiyangu. Co nie jest fajne, bo jak się potem wydostać na autostradę z takiego pięciomilionowego zadupia?

Oczywistym dla mnie było, że stopowanie w Chinach nie będzie takie przyjemne, jak w Europie, gdzie przy autostradach co jakiś czas jest miejsce, w którym można nie tylko zatankować, ale jeszcze zjeść, zrobić zakupy, skorzystać z łazienki i... złapać stopa. Przy chińskiej autostradzie, mimo całego rozmachu, z jakim zrobiona jest sama szosa, jest tylko buda z dystrybutorami. Tam się trzeba będzie ustawiać, ale ból jest taki, że budy z dystrybutorami paliwa nie są zaznaczone w atlasie, więc nie można sobie postoju z góry zaplanować. Jakby co, to chińskie autobany regionów górzystych mają jeszcze takie rewelacyjne wypustki... Po prostu na zakrętach jest też taki ślepy zaułek prowadzący prosto i pod górę, zakończony oponami. Jakby się komuś zapomniało skręcić, to zamiast wpaść do przepaści, rozbija się o mur z opon. W sumie niegłupie, zważywszy na to, że Chińczycy pracują 14 godzin na dobę i pokładają się wszędzie gdzie się da ze zmęczenia, więc może na kierownicy też. No więc w takim zaułku ewentualnie też można się postawić, ale jaka jest gwarancja, że ktoś się zatrzyma na autostradzie (chociaż prawo tego nie zabrania, z tego co widziałam dotychczas)? 

Innym bólem stopowania w Chinach jest to, że szofer oczekuje jakiegoś prezentu w zamian za podwózkę. No i pozostaje jeszcze kwestia języka. Bo to, co my nazywamy ogólnie chińskim, to wcale nie jest jeden język. To, czego ja się uczę, to jest dialekt pekiński, zwany mandaryńskim, z którego władze starają się usilnie zrobić język ogólny. Jednak oprócz chińskiego mandaryńskiego istnieje jeszcze tuzin innych chińskich, które mają się do mandaryńskiego, jak macedoński do polskiego. O ile Chińczyk Chińczyka może jeszcze zrozumieć połowicznie (tak jak ja rozumiem co nieco z oglądanych bez napisów filmów Kusturicy), to ja raczej się nie dogadam, ponieważ nawet mój mandaryński na klęcznik nie zwala).

Tak siedziałam nad tym atlasem, obmyślając logistykę przedsięwzięcia (skąd wziąć kartony na tablice stopowe, jakie słówka, których jeszcze nie znam mogą okazać się przydatne et caetera), gdy zadzwoniła do mnie Ania Q.

Wyznałam jej szczerze, że biletu nima.

Na co Ania rzekła ku mnie, że mam nie wymyślać, tylko się zapakować w jednostkę latającą.

Co było robić, skoro padły takie dyrektywy, to trudno, poszłam kupić bilet na samolot (udało mi się tego dokonać dzięki April. Co prawda w bilecie elektronicznym w kompie tkwiło przekręcone przez nią moje nazwisko, ale koleś z biletowej agencji zapewnił mnie, że "naszym pięknym zagranicznym przyjaciółkom nigdy nie robi się problemów na lotnisku"). Jak to możliwe, że nie było biletów na pociągi a na samolot tak? Już wyjaśniam. W KM pracuje dużo ludzi z ChQ i są to robotnicy, których nie stać na samolot, podobnie jest ze studentami uniwerku. Często taki wyjazd do chaty na święta jest jedynym w roku spotkaniem z rodziną. Nic dziwnego: bilet na pociąg kosztuje ok 170 Y, co stanowi jedną dziesiątą średniego chińskiego wynagrodzenia. Średniego. Są tacy (i to niemało), co zarabiają jeszcze mniej. Bilet na samolot do tego sąsiedniego w gruncie rzeczy miasta kosztuje 2/3 średniej wypłaty.

Z dowodem zakupienia biletu w paszporcie poczułam się mega szczęśliwa! Ponadto: napisało do mnie dwoje ludzi z Couchsurfingu, czy nie mogliby się u mnie przekimać w terminie przed mym odlotem na wielką wyprawę, od razu się zgodziłam, więc kolejne dni zapowiadały się ciekawie. Bardzo ciekawie!!!!

Uf. Po takich adrenalinach nie ma lepszego wspomagacza, niż ciasteczko. Poszłam więc na ciasteczko. A nawet dwa.