W minionym tygodniu dostalam maila od wlascicielki mieszkania. W mailu bylo: Czy masz czas pojutrze rano, zeby pojsc ze mna do biura od Internetu, bo chcialabym przepisac Internet z Ciebie na siebie? Hmmmmmm.... czyli ze ma ona przyjechac jutro?!? Wpadlam w panike lekka, bo generalnie wolalabym sie przygotowac na spotkanie z wariatka lepiej mertorycznie, na przyklad pojsc do biblioteki i poczytac cos o paranojach i omamach. Wczesniej wyraznie ja prosilam, zeby dala znac odpowiednio wczesniej. Myslalam, ze mojej prosbie stanie sie zadosc, poniewaz ja generalnie spelnialam wszelkie prosby K - na przyklad raz przez caly dzien siedzialam w domu, zeby odebrac jej przesylke EMS. Przesylka ostatecznie nie przyszla, ja stracilam mnostwo czasu, ale prawda, ze milo z mojej strony? Bo ja juz taka mila jestem ;P.
Noc, kiedy miala K przyjechac do domu rezolutnie spedzilam poza domem, by zasnac snem krzepkim i blogim, poniewaz na nastepny dzien musialam byc wypoczeta na zajeciach. Nastepny dzien byl jak na wariackich papierach, tak wiec zladowalam w domu bardzo pozno. K juz spala. Malo tego - ktos inny spal tez - na moim materacu, w duzym pokoju. Ja zostalam pozbawiona materaca, wiec nie pozostalo mi nic innego jak zasnac na kocu. Co bylo bardzo ciezkie, bo jak wiadomo z jednego z moich poprzednich postow, dzien wczesniej wpadlam do dziury i bylam strasznie poobijana.
Rano z ulga wstalam, zeby pojsc do szkoly. W kuchni spotkalam osobe rasy bialej, ktora wydala mi sie sympatyczna i... okazala sie byc pol Polka, pol Szkotka. Po polsku co prawda ani w zab, ale jak juz ktos wie, gdzie jest Radom... No swojsko. Opowiadalam wlasnie Szkotce o mojej dziurze w nodze i generalnym inwalidztwie ze smiechem na ustach (bo czyz nagle znikniecie w dziurze w chodniku nie jest przezabawne?), gdy z lazienki wychylila sie K. Ani good morning nie uslyszalam, ani nihao, tylko: ZAPLACILAS RACHUNKI????? Powiedzialam jej, ze bardzo mi przykro, ale gazu nadal nie zaplacilam, bo nie wiem jak i bede jej wdzieczna, gdyby zrobila to za mnie, a ja jej oddam, rachunek za prad wlasnie przyszedl, ale poszlam zaplacic go na poczte i mi powiedzieli, ze jest to niemozliwe na poczcie akurat wtedy, gdy ja tam bylam i rowniez bede bardzo wdzieczna, jezeli by to zrobila za mnie, a ja jej wszystko wyrownam. No i ona zniknela w lazience (nie powiedziawszy ani bye ani zaijian). No to ja sobie poszlam do szkoly. I w szkole opowiedzialam mojej pani nauczycielce, ze mam ostatnio kiepskie dni, bo raz, ze do dziury wpadlam i jestem strasznie poobijana, a poza tym wyglada na to, ze bede musiala zajac sie przeprowadzka.
Dzien mijal powoli jak kazdy inny, gdy nagle dostalam esemesa o tresci nastepujacej:
Prosze przynies mi dzisiaj nastepujaca ilosc pieniedzy: gas piecdziesiat szesc koma jeden plus prad sto siedemdziesiat jeden koma trzynascie plus woda dwiescie dziewiecdziesiat piec. Razem 522,2.
Odetchnelam z ulga, bo rachunki nie przekroczyly moich oczekiwan a ponadto w domu nic nie zostalo przeze mnie zniszczone (a nawet naprawilam kilka rzeczy, ktore byly juz popsute, gdy sie wprowadzilam), wiec logiczne jest, ze zostanie mi zwrocony moj depozyt w ilosci pieciuset kuajow (patrz poprzedni post). W takim razie napisalam do wariatki, ze spoko, dzisiaj doniose jej 23 kuaje, a reszte niech wezmie sobie z depozytu, o co bardzo ja prosze.
Odpowiedz buldoga:
Prosze, przestrzegaj umowy. Depozyt bedzie KALKULOWANY [podkreslenie moje] w dniu twojej wyprowadzki. Musisz przyniesc pieniadze dzisiaj!!!!
Nic na to nie odpowiedzialam, bo co mozna odpowiedziec na takie dyrektywy? Postanowilam pojsc wieczorem do mieszkania i rzeczywiscie uczynic ten dzien dniem mojej wyprowadzki, bo szczerze mowiac spanie na kocu nie sprawialo mi zbyt duzej radosci, a perspektywa wdychania dwutlenku wegla wydzielanego przez buldoga przepelniala mnie odraza. Przez caly dzien szykowalam sie psychicznie do spotkania z K. Przygotowalam sobie ladnie 25 kuajow do wyrownania rachunkow, nawet plan byl taki, ze powiem babie "keep change" (bo tak naprawde bylam jej winna 22,2). Poprosilam Agnieszke, zeby poszla ze mna wziac moje bagaze, bo sama prawdopodobnie nie dalabym sobie rady ich wszystkich z mieszkania wydobyc.
W koncu ruszylysmy. Wzielysmy ze soba przenosne glosniczki i IPoda, puscilysmy sobie Fatboyslima z "Praise you" dla dodania sobie animuszu i przywolania dobrego nastroju po drodze. Generalnie powinnysmy puscic tej kobiecie z glosniczkow piosenke "Fuck you" Archive, ale w biegu wydarzen jakos sie nam nie dodalo.
Dotarlysmy do mieszkania, weszlam za pomoca wlasnego klucza sobie drzwi otwierajac, w duzym pokoju siedziala Szkotka z Radomia z jakims Chinczykiem. Zapytalam, gdzie jest buldog, a ta odpowiedziala, ze w swoim pokoju. Poszlam wiec do pokoju buldoga (ktory nota bene wczesniej byl moim pokojem), mowie czesc, nie uzyskuje zadnej odpowiedzi, buldog nie raczyl nawet sie odwrocic na krzesle w kierunku skad dobiegal moj milutki glosik. Spytalam, czy mozemy pogadac. Buldog rzekl, ze owszem, ale nadal nie odwracal sie do mnie. No to rzeklam: Bylabym bardzo wdzieczna, gdybys patrzyla na mnie podczas rozmowy. Bardzo grzecznie to powiedzialam. Bo ustalilysmy z Agnieszka, ze pokazemy buldogowi najlepszego sortu szlacheckie polskie maniery.
Buldog powiedziala: Slucham.
Skoro sluchala, to najpierw przedstawilam jej Agnieszke ("This is my girlfriend, Agnes") a nastepnie wprost w te wielkie wybaluszone oczyskaj wylozylam moj pomysl, ze wyprowadze sie dzisiaj, ze dam jej 22,2 kuaje, bo tak bedzie wygodniej dla wszystkich. Szlacheckie maniery caly czas zachowane.
Wtem ona jak nie wrzesnie: NIEEEEEEEEEEEEEEE!
Ojej.
Powiedziala mi kobieta, ze podloga jest zniszczona. Chcialam to natychmiast obejrzec, ale ona rzekla, ze nie, poniewaz nie mozemy przeszkadzac Szkotce z Radomia, ktora teraz rozmawia z jakims Chinczykiem. Ja tak czy siak postanowilam sie spakowac. Buldog opuscila mieszkanie. Dziwne bardzo.
Agnieszka i ja dokonalysmy cudu spakowania calego mojego dobytku w pietnasciue minut. Buldoga nadal nie bylo i w sumie rozsadnie z naszej strony byloby udac sie, za przeproszeniem, tam, gdzie pieprz rosnie, diabel mowi dobranoc a raki zimuja. I to czem predzej. Jednakowoz ja uznalazm, ze trzeba na nia poczekac, oddac jej klucz i tak dalej.
W koncu przyszla, ciagnac zasoba chlopka roztropka. Chlopek roztropek mial grac role eksperta od zniszczen wszelakich. I zaczela sie odyseja po mieszkaniu: wpierw suka buldoga, potem roztropek pseudo-rzeczoznawca, dalej ramie w ramie ja i Agnieszka. I idziemy - najpierw na werande, sluzaca do sluszenia ubran (ewidentnie, gdy sie wprowadzilam, juz byly tam sznurki na pranie, a moj byly wpollokator Fleja wieszal tam mokre ciuchy). A tam - rzekome zniszczenia w bambusowej podlodze. Ktorych oczywiscie ja nie widzialam, rzeczoznawca w ogole nie spojrzal tylko od razu wywalil z kwoty jakiejs astronomicznej za wymiane. Rzekomo to moja wina, ze jakies zniszczenia niewidzialne tam powstaly, bo nie umialam uzywac pralki, zeby mi sie ciuchy odwirowaly, woda kapala i zalala. Hmmmm, troche mnie zgielo, bo pralka automatycznie odwirowywala wode a ja wieszalam ciuchy w miejscu do tego przeznaczonym tak samo jak Fleja. Nikt mi nie powiedzial, ze jest zakaz wywieszania prania na suszarkach na werandzie i ze sluza te suszarki tylko celom atrapowym. Pomijam juz fakt, ze myslacy logicznie czlowiek nie kladzie bambusowej podlogi w miejscu, gdzie najprawdpodobniej beda sie suszyc ubrania.
Z werandy udalismy sie przed drzwi glowne do mieszkania. A tam juz faktycznie golym okiem dajaca sie zauwazyc plama na podlodze przy scianie, po drugiej stronie sciany stoi natomiast pralka, z ktorej odplyw jest tak niechlujnie zrobiony, ze woda wylewa sie po calej lazience. Jednakowoz pani wlascicielka mieszkania zdala sie nie dostrzegac wady hydraulicznej w lazience (choc wody tam po kostki) i zarzucila mi, ze stawialam parasol dokladnie w drzwiach od mieszkania (co bylo juz absolutnym dowodem, ze baba uwaza mnie za idiotke, ktora uwielbia skoki prez parasolki).
Potem weszlismy do nieszczesnej lazienki a tam... No tam upatrzyla sobie buldozyca usterke elektryczna. Mianowicie taka, ze super lampa grzewcza nad wanna (swiecaca, jak rowniez ogrzewajaca powietrze w lazience zima) nie dziala. Spojrzalam na nia jak na raroga, oczy mialam takie, jak bohaterowie South Parku na chwilke przed wybuchnieciem smiechem, bo ta kobieta jawnie nie wiedziala, jak lampe ta zapalic. Zapalilam wiec dla niej, uzywajac przy tym slowka Voila ze szlacheckiej mowy francuskiej. W tym momencie mozna bylo zaobserwowac, jak twarz buldozycy zsuwa sie jej do polowy plecow (czy ja juz kiedys tlumaczylam kulturowe zawilosci tracenia twarzy w Chinach?).
Nastepnie cala wycieczka udala sie do kuchni, gdzie rzekomo piecyk gazowy mial zostac przeze mnie uszkodzony. Tym razem twarz buldoga poszla sie juz schowac miedzy jej posladki, bo pieca tez nie umiala ona uzywac (a jakie to proste - przekrecic pokretlo, wlaczyc iskre, Voila).
Ostatecznie wyladowalismy w moim pokoju, gdzie przy oknie naklejone byly dwa haczyki. No i tu po raz pierwszy musialam poczuc sie do winy, bo haczyki faktycznie zostaly przeze mnie naklejone. Powiedzialam babce, ze moge je usunac. Ale ona generalnie nie chciala, zeby ktokolwiek je usuwal wcale. Ona chciala zedrzec ze mnie pieniadze.
Ja i Agnieszka probowalysmy cos do niej (po szlachecku, rzecz jasna) mowic, ale ona na nas krzyczala i nie pozwalala dojsc do slowa. Pokazala nam na karteczce, ze jestem jej winna 3 tysiace RMB. Kontraktu nie miala i malo ja interesowalo, ze po pierwsze w razie strat oddaje jej tylko depozyt, a po drugie to jestem odpowiedzialna tylko za wlasny pokoj.
W koncu wezwala policje.
Ale o tym bedzie w nastepnym odcinku.
Musze cos wyjasnic: wlascicielka mieszkania nigdy nie powiedziala mi jak konserwowac podloge, nigdy nie powiedziala mi jak mam placic rachunki. W ogole miala wszystko miedzy posladami. Generalnie od samego poczatku miala plan naciac mnie na tym depozycie.
Pozdrawiam wszystkich czytelnikow i zycze wiecej szczescia niz ja mam.
* Tak, to jest po polsku. Ten twór lingwistyczny powstał w nietuzinkowym umyśle Pana K., twórcy "Cho do kina". Zresztą będzie o tym gdzieś w postach poniżej, jeżeli się zagłębisz :)
piątek, 11 lipca 2008
Umowa
W tym oto poscie zostanie Panstwu zaprezentowana tresc kontraktu, ktory w jezyku angielskim oryginalnie napisany byl, co bylo bledem, poniewaz, jak sie potem okazalo, angielskimi kontraktami mozna sobie w Chinach zastapic papier toaletowy. Ja panstwu podam tresc w jezyku polskim, ktory jest najpiekniejszy na swiecie. Pomine wszelkie dane typu numer dowodu osobistego, zeby nie kompromitowac buldoga. Bo buldog mnie nastraszyl, ze mnie pozwie do sadu, jezeli bede w necie jej reputacje niszczyc. Wiec chcialam oficjalnie napisac: nie niszcze reputacji konkretnej osoby, jedynie pisze o zajsciach z suka rasy buldog.
Umowy tresc: Strona A (Buldog) wynajmie stronie B (ja) pokoj w mieszkaniu (i tu adres) na dziesiec i pol miesiaca w okresie czasu od pierwszego wrzesnia 2007 do pietnastego czerwca 2008 (Dlatego jest tu czerwiec a nie lipiec, gdyz pojawily sie rozbieznosci w podstawowej wiedzy matematycznej strony A i strony B. Ostatecznie zwyciezyla wersja strony B mowiaca, ze od wrzesnia dziesiec i pol miesiaca to jest ewidentnie do pietnastego lipca. I basta. Ale w umowie pozostalo jak pozostalo.) Strona B zaplaci za te (nie)przyjemnosc tyle a tyle plus kaucje w wysokosci jednego miesiecznego czynszu do dnia takiego a siakiego. Kaucja zostanie wyplacona przy wyprowadzce, jezeli pokoj bedzie utrzymany w czystosci i nic nie bedzie zniszczone. Podpisy.
Prosze zwrocic uwage na podkreslenia. Bo potem beda one stanowily material, ktorym wlasnie mozna by sie podetrzec.
Umowy tresc: Strona A (Buldog) wynajmie stronie B (ja) pokoj w mieszkaniu (i tu adres) na dziesiec i pol miesiaca w okresie czasu od pierwszego wrzesnia 2007 do pietnastego czerwca 2008 (Dlatego jest tu czerwiec a nie lipiec, gdyz pojawily sie rozbieznosci w podstawowej wiedzy matematycznej strony A i strony B. Ostatecznie zwyciezyla wersja strony B mowiaca, ze od wrzesnia dziesiec i pol miesiaca to jest ewidentnie do pietnastego lipca. I basta. Ale w umowie pozostalo jak pozostalo.) Strona B zaplaci za te (nie)przyjemnosc tyle a tyle plus kaucje w wysokosci jednego miesiecznego czynszu do dnia takiego a siakiego. Kaucja zostanie wyplacona przy wyprowadzce, jezeli pokoj bedzie utrzymany w czystosci i nic nie bedzie zniszczone. Podpisy.
Prosze zwrocic uwage na podkreslenia. Bo potem beda one stanowily material, ktorym wlasnie mozna by sie podetrzec.
Historie niesamowite - prolog
Opowiem Panstwu historie. Wymyslilam ja sobie a wszystkie osoby wlacznie ze mna nie istnieja a sytuacje przeze mnie opisane sa tylko pozornie podobne do jakis realnych sytuacji. Wszelkie podobienstwa i tak dalej - przypadkowe. Dolaczam taka notke, bo prawo tego wymaga. Prosze interpretowac wg wlasnych przekonan.
W poprzednim odcinku (powinno byc: w poprzednim sezonie):
Byla (i niestety nadal jest) sobie kobieta, nazwijmy ja dla niepoznaki literka K jak kobieta lub wiadomo kto, poniewaz, jak sie okazalo kilka miesiecy temu, kobieta ta szpieguje mojego bloga w poszukiwaniu samej siebie w nim, moze nie wpadnie jej do glowy, ze jest K, mimo, ze ewidentnie jest pojeb.... K. Tak czy siak kobieta ta jest wlascicielka mieszkania, w ktorym mieszkalam przez ostatnie dziesiec miesiecy mimo tego, ze od pewnego czasu juz wcale nie chcialam w nim mieszkac.
Poznalysmy sie z K na jednym z serwisow goscinnych - to jest taki portal w Internecie, ktory sluzy do tego, zeby znalezc sobie w dowolnym miescie na swiecie kogos, kto moglby cie za free przenocowac. Po prostu tuz potym, gdy dowiedzialam sie, ze pojade na moje stypendium do miasta Kunming, i bylam lekko zagubiona, bo do mojego wylotu pozostaly dwa tygodnie, a ja nadal nic o Kunmingu nie wiedzialam i nie mialam pojecia, gdzie przyjdzie mi nocowac na samym wstepie mojego pobytu w Chinach - wpadlam na genialny pomysl zajrzenia na stronki tego goscinnego portalu i odnalezienia na nim ludzi, ktorzy mieszkaja w KM. Chcialam sie tylko zapytac, jakie jest to miasto, gdzie jest jakis hostel, w ktorym moglabym na jakiejs skromnej pryczy wyciagnac swe znuzone konczyny po wielogodzinnym locie z serca Europy na chinskie peryferie. Na portalu goscinnym znalazlam raptem dziesiec czy jedenascie Kunmingczykow, w tym pania K. Pani K. byla jedna z niewielu osob, ktora odpowiedziala na moje dzikie apele o kontakt i w dodatku ni z gruchy ni z pietruchy zarzucila z tekstu, ze w sumie to moglabym te moje konczyny przez miesiecy 10 u niej na chacie na materacyku wyciagac (mozna o tym poczytac w jednym z moich najpierwszych postow). Deus ex machina, bezwzglednie. Wszystko ugadalysmy, na przyklad taki element jej goscinnosci, ze musze zaplacic 50 jurkow za miesiac. Przelewem, poniewaz sama K. nie mieszkala nigdy w swoim mieszkaniu in Da Ming, bo nie miala na to czasu podrozujac (a to jakies Niemcowo, a to jakies Wyspowo Zjednoczone, a to Pekingowo Wielkie).
Przyjechalam do KM, zylo mi sie szczesliwie, wyiknelo jednak nieporozumienie zwiazane z tymi jurkami, bo sie generalnie okazalo, ze ja nie moge zdobyc w Chinach jurkow. Bo tu nie ma swobody wymiany waluty. Wiec K. postanowila, ze dolary tez beda dobre. Dolarami dysponowalam, bo w takiej nieszczesnej walucie Ambasada Polska w Pekinie mi stypendium me wyplacala. Jednak z dolarami tez kiszka, bo - jak sie w koncu okazalo - w ogole jako alien nie moge wplacac Chinczykowi pieniedzy na konto w obcej walucie. Ta cala sytuacja pieniezna zostala przeze mnie juz przedstawiona jakies pol roku temu na niniejszym blogu, prosze sobie poczytac. Sytuacja miedzy mna i K byla napieta przez to, a dodatkowo sie napiela, gdy K. podczas zabaw z komputerem wygooglowala siebie na moim blogu (mea culpa, umiescilam na nim jej nazwisko, a ewidentnie nie powinnam). Ze polskiego Wywloka nie zna, to zatrudnila tlumacza. I sie wkurwila (jak to zwykle bywa z osobami typu K).
Jeszcze byla taka sytuacja, ze nie wplacilam jej na czas depozytu za mieszkanie. Spowodowane bylo to tym, ze ta nieszczesna kaucje mialam dac do rak wlasnych mojemu wspollokatorowi, nazwijmy go Fleja. Fleja jednakowoz spierdolil (przepraszam za wulgaryzmy, ktore beda wystepowac w obfitosci, ale jestem wzburzona sytuacja cala), nie zostawiajac adresu, numeru telefonu ani nic.
Potem byly jakies dziwne schizy z Wywloka, ktora stwierdzila, ze ona nie ufa zadnym obcokrajowcom i z tego tytulu kazala mi zaplacic 1500 depozytu a nie 500 jak bylo ustalone w kontrakcie. Kontrakt znajda panstwo w osobnym poscie, bo odegra on potem ogromna role tym wlasnie, ze nie bedzie odgrywal zadnej roli.
Potem sobie Wywloka wymyslila, ze powinnam wiecej placic za czynsz, choc juz mialam zaplacone za to. Potem miala jakis problem z obliczeniem ilosci miesiecy, za jaka zaplacilam (proponuje panstwu zabawe - ile jest miesiecy od 1 wrzesnia do 15 lipca. Prosze policzyc. Wedlug tajemniczej chinskiej arytmetyki jest to 11,5 miesiaca). Generalnie probelmy okazaly sie byc bardzo mocna strona Wywloki, ktora prawdopodobnie jest sfrustrowana, gdyz na jej paszcze buldoga nie spojrzalby zaden nawet najprawdziwszy buldog. Predzej podkulilby ogon i uciekl gdzie pieprz rosnie. Ja tez bym uciekla, ale nie widzialam buldoga nim sie do buldozej budy wprowadzilam... A szkoda.
Kolejna sprawa, w ktorej buldog, zwany tez K lub wywloka, raczyl sie ze mna skontaktowac, to byly rachunki. Bo ja zapytalam, jak sie je placi. Buldog odpowiedziala: nie wiem, bo nigdy nie mieszkalam w tym miejscu. Nie wiesz, to nie - pomyslalam i poszlam zapytac gdzie sie dalo, ale gdzie sie dalo tez nie bardzo wiedzieli, wiec robilam wszystko po swojemu. To tyle z prologu. Nastepny odcinek juz za moment.
W poprzednim odcinku (powinno byc: w poprzednim sezonie):
Byla (i niestety nadal jest) sobie kobieta, nazwijmy ja dla niepoznaki literka K jak kobieta lub wiadomo kto, poniewaz, jak sie okazalo kilka miesiecy temu, kobieta ta szpieguje mojego bloga w poszukiwaniu samej siebie w nim, moze nie wpadnie jej do glowy, ze jest K, mimo, ze ewidentnie jest pojeb.... K. Tak czy siak kobieta ta jest wlascicielka mieszkania, w ktorym mieszkalam przez ostatnie dziesiec miesiecy mimo tego, ze od pewnego czasu juz wcale nie chcialam w nim mieszkac.
Poznalysmy sie z K na jednym z serwisow goscinnych - to jest taki portal w Internecie, ktory sluzy do tego, zeby znalezc sobie w dowolnym miescie na swiecie kogos, kto moglby cie za free przenocowac. Po prostu tuz potym, gdy dowiedzialam sie, ze pojade na moje stypendium do miasta Kunming, i bylam lekko zagubiona, bo do mojego wylotu pozostaly dwa tygodnie, a ja nadal nic o Kunmingu nie wiedzialam i nie mialam pojecia, gdzie przyjdzie mi nocowac na samym wstepie mojego pobytu w Chinach - wpadlam na genialny pomysl zajrzenia na stronki tego goscinnego portalu i odnalezienia na nim ludzi, ktorzy mieszkaja w KM. Chcialam sie tylko zapytac, jakie jest to miasto, gdzie jest jakis hostel, w ktorym moglabym na jakiejs skromnej pryczy wyciagnac swe znuzone konczyny po wielogodzinnym locie z serca Europy na chinskie peryferie. Na portalu goscinnym znalazlam raptem dziesiec czy jedenascie Kunmingczykow, w tym pania K. Pani K. byla jedna z niewielu osob, ktora odpowiedziala na moje dzikie apele o kontakt i w dodatku ni z gruchy ni z pietruchy zarzucila z tekstu, ze w sumie to moglabym te moje konczyny przez miesiecy 10 u niej na chacie na materacyku wyciagac (mozna o tym poczytac w jednym z moich najpierwszych postow). Deus ex machina, bezwzglednie. Wszystko ugadalysmy, na przyklad taki element jej goscinnosci, ze musze zaplacic 50 jurkow za miesiac. Przelewem, poniewaz sama K. nie mieszkala nigdy w swoim mieszkaniu in Da Ming, bo nie miala na to czasu podrozujac (a to jakies Niemcowo, a to jakies Wyspowo Zjednoczone, a to Pekingowo Wielkie).
Przyjechalam do KM, zylo mi sie szczesliwie, wyiknelo jednak nieporozumienie zwiazane z tymi jurkami, bo sie generalnie okazalo, ze ja nie moge zdobyc w Chinach jurkow. Bo tu nie ma swobody wymiany waluty. Wiec K. postanowila, ze dolary tez beda dobre. Dolarami dysponowalam, bo w takiej nieszczesnej walucie Ambasada Polska w Pekinie mi stypendium me wyplacala. Jednak z dolarami tez kiszka, bo - jak sie w koncu okazalo - w ogole jako alien nie moge wplacac Chinczykowi pieniedzy na konto w obcej walucie. Ta cala sytuacja pieniezna zostala przeze mnie juz przedstawiona jakies pol roku temu na niniejszym blogu, prosze sobie poczytac. Sytuacja miedzy mna i K byla napieta przez to, a dodatkowo sie napiela, gdy K. podczas zabaw z komputerem wygooglowala siebie na moim blogu (mea culpa, umiescilam na nim jej nazwisko, a ewidentnie nie powinnam). Ze polskiego Wywloka nie zna, to zatrudnila tlumacza. I sie wkurwila (jak to zwykle bywa z osobami typu K).
Jeszcze byla taka sytuacja, ze nie wplacilam jej na czas depozytu za mieszkanie. Spowodowane bylo to tym, ze ta nieszczesna kaucje mialam dac do rak wlasnych mojemu wspollokatorowi, nazwijmy go Fleja. Fleja jednakowoz spierdolil (przepraszam za wulgaryzmy, ktore beda wystepowac w obfitosci, ale jestem wzburzona sytuacja cala), nie zostawiajac adresu, numeru telefonu ani nic.
Potem byly jakies dziwne schizy z Wywloka, ktora stwierdzila, ze ona nie ufa zadnym obcokrajowcom i z tego tytulu kazala mi zaplacic 1500 depozytu a nie 500 jak bylo ustalone w kontrakcie. Kontrakt znajda panstwo w osobnym poscie, bo odegra on potem ogromna role tym wlasnie, ze nie bedzie odgrywal zadnej roli.
Potem sobie Wywloka wymyslila, ze powinnam wiecej placic za czynsz, choc juz mialam zaplacone za to. Potem miala jakis problem z obliczeniem ilosci miesiecy, za jaka zaplacilam (proponuje panstwu zabawe - ile jest miesiecy od 1 wrzesnia do 15 lipca. Prosze policzyc. Wedlug tajemniczej chinskiej arytmetyki jest to 11,5 miesiaca). Generalnie probelmy okazaly sie byc bardzo mocna strona Wywloki, ktora prawdopodobnie jest sfrustrowana, gdyz na jej paszcze buldoga nie spojrzalby zaden nawet najprawdziwszy buldog. Predzej podkulilby ogon i uciekl gdzie pieprz rosnie. Ja tez bym uciekla, ale nie widzialam buldoga nim sie do buldozej budy wprowadzilam... A szkoda.
Kolejna sprawa, w ktorej buldog, zwany tez K lub wywloka, raczyl sie ze mna skontaktowac, to byly rachunki. Bo ja zapytalam, jak sie je placi. Buldog odpowiedziala: nie wiem, bo nigdy nie mieszkalam w tym miejscu. Nie wiesz, to nie - pomyslalam i poszlam zapytac gdzie sie dalo, ale gdzie sie dalo tez nie bardzo wiedzieli, wiec robilam wszystko po swojemu. To tyle z prologu. Nastepny odcinek juz za moment.
niedziela, 6 lipca 2008
(P)sio
No ja lubie pieski. Ale pekinczyki juz mi sie znudzily. Po prawie jedenastu miesiacach pobytu w miescie Kunming, prowincji Yunnan, Panstwie Srodka wiem juz, ze najczesciej wystepujaca rasa jest maly piesek, tak zwany "Z zebem na przedzie", ktorego zuchwa zdecydowanie przrasta szczeke gorna, przez co zabki dolne takiego pieska sa nieustannie wysuniete na przod brzydkiego pokrzywionego ryjka stworzenia tego. Ponadto od czasu, kiedy przez takiego malego wypierdka zostalam pogryziona (to byl pierwszy raz w moim zyciu, kiedy stworzenie boskie psem zwane postanowilo mi zrobic krzywde, odebralam to jako przejaw ksenofobii, charakterystycznej w ostatnim czasie dla wszystkich mieszkancow tego pieknego acz dziwnego kraju), zostal on uwiazany do budy mimo pozornie niegroznych gabarytow i teraz gdy na mnie szczeka, gdy przechodze obok (a przechodze obok codziennie), wyciagam do niego jezyk. Kusi mnie zeby pokazac tez co innego, ale jeszcze kto zobaczy.
Psy w Chinach najczesciej maja na imie Ni. Ni oznacza ty. Ciagle tylko slysze: Ni, chodz, idziesz, Ni!!!!
Co jeszcze charakterytyczne? Chinczycy oglupieli na punkcie psow rasowych i kazdy kupuje sobie owczarka Colie, ewentualnie Chow Chowa. Tych psow jest na ulicach prawie tyle ile malych dzieci. Czyli zatrzesienie. Czemu? Odkrylam to podczas mojej wyprawy w towarzystwie Aski i Bartka (czesc rowerzystom) na Kunminski Targ Ptakow i Kwiatow, ktory jednoczesnie okazal sie byc targim psow rasowych za jedyne 150 kuajow (60 zlotych to chyba nie jest tak duzo za pokryta gestym futrkiem kuleczke z wystajacym fioletowym jezyczkiem).
A teraz najwazniejszy folklor psi. Ciuchy. Pies bez ubrania jest psem straconym w towarzystwie. Kazdy pojedynczy piesek nosi na sobie kubraczek. Czasami jest to cos, co jedna z miliarda kochajacych robic na drutach Chinek wytworzyla recami swemi, a czasami cos, co zostalo zakupione za srogie kwoty w sklepie.... I te sklepowe kubraczki moga na przyklad byc w ksztalcie swinki lub tez kubusia puchatka. Byc z pluszu lub z dzinsu. Wszystko przejdzie. Jak dla mnie ostatnio sensacja sa konwersy dla psow. Biega sobie pudelek w trampeczkach i nawet nie wyglada na nieszczesliwego... Jezu.
Pozdrawiam Bluesa.
m
Psy w Chinach najczesciej maja na imie Ni. Ni oznacza ty. Ciagle tylko slysze: Ni, chodz, idziesz, Ni!!!!
Co jeszcze charakterytyczne? Chinczycy oglupieli na punkcie psow rasowych i kazdy kupuje sobie owczarka Colie, ewentualnie Chow Chowa. Tych psow jest na ulicach prawie tyle ile malych dzieci. Czyli zatrzesienie. Czemu? Odkrylam to podczas mojej wyprawy w towarzystwie Aski i Bartka (czesc rowerzystom) na Kunminski Targ Ptakow i Kwiatow, ktory jednoczesnie okazal sie byc targim psow rasowych za jedyne 150 kuajow (60 zlotych to chyba nie jest tak duzo za pokryta gestym futrkiem kuleczke z wystajacym fioletowym jezyczkiem).
A teraz najwazniejszy folklor psi. Ciuchy. Pies bez ubrania jest psem straconym w towarzystwie. Kazdy pojedynczy piesek nosi na sobie kubraczek. Czasami jest to cos, co jedna z miliarda kochajacych robic na drutach Chinek wytworzyla recami swemi, a czasami cos, co zostalo zakupione za srogie kwoty w sklepie.... I te sklepowe kubraczki moga na przyklad byc w ksztalcie swinki lub tez kubusia puchatka. Byc z pluszu lub z dzinsu. Wszystko przejdzie. Jak dla mnie ostatnio sensacja sa konwersy dla psow. Biega sobie pudelek w trampeczkach i nawet nie wyglada na nieszczesliwego... Jezu.
Pozdrawiam Bluesa.
m
O tym, jak eM. wpadla do dziury
Wczoraj poznym wieczorem spacerowalismy sobie z Oskarem po wyludnionym miescie prowadzac rozmowy w nastroju egzystencjalnym (przy czym on robil za Sartre'a a ja za Gombrowicza). Wlasnie z ust Oskara padlo jakies szokujace zdanie ze slowem "love" a ja zaczelam wymachiwac rekami, zeby mu odrzec adekwatnie do tematu i mych przemyslen, gdy.... grunt osunal mi sie pod nogami i ujrzalam nagle swiat z zabiej perspektywy, co naprawde potrafi odmienic swiatopoglad.
Zostalam sprawnie uratowana i po sekundzie zdolalam ocenic sytuacje okiem trzezwym.
Okiem trzezwym mym ujrzana sytuacja prezentowala sie nastepujaco:
Jak juz pisalam wczesniej, w KM obecnie trwa wakacyjna akcja obsadzania miasta drzewami. Drzewami, ktorych nie ma juz gdzie wsadzac (ale wole ten rodzaj szalenstwa niz szalenstwo wizowe w Pekinie na przyklad). Zeby wsadzic drzewo, trzeba najpierw wykopac dziure. W Kunmingu nie wyglada to tak, ze kopie sie dziure, wsadza w nia korzenie drzewa i wyrownuje teren, lecz tak, ze najpierw jedna brygada kopie dziure, a kilka dni wczesniej inna brygada wsadza drzewa.
I ja, patrzac wzrokiem pelnym wrodzonego sceptyzyzmu jak rowniez zainteresowania, wdeplam wlasnie w taka poltorametrowa dziure.
Moja noga wyglada jako tako, choc okrzyki, jakie wydaja ludzie na jej widok sa naprawde fajne (jako dostarczycielka wrazen na miare Hitchckocka czuje sie wazna, a milo waznym sie czuc), choc moze jest to spowodowane nie czterdziestocentymetrowym krwiakiem na udzie a tym, ze udo owo jest smukle i piekne, wiadomo.
Tak czy siak, ledwo idac oparta na szwedzkim ramieniu, napotkalam dwoch robotnikow kopiacych wlasnie takie zasadzki partyzanckie na laowajow (laowai, przypominam, to obcokrajowiec). No i powiedzialam im, co nastepuje:
"To jest niebezpieczne, dlaczego tu nie ma tasmy albo czegos, nalezy mi sie odszkodowanie, dziur nie widac w ciemnosci, prosze popatrzec, co sobie zrobilam (i tu prezentacja uda)". Robotnicy byli zachwyceni moja oracja poznowieczorna, urozmaicilam im prace...
Nikt z moich znajomych nie chcial uwierzyc, ze ani ja ani Oskar nie wypilismy wczoraj ani kropelki niczego zawierajacego alkohol. Widac nie tylko pijani alkoholem wpadaja do dziur.
Zostalam sprawnie uratowana i po sekundzie zdolalam ocenic sytuacje okiem trzezwym.
Okiem trzezwym mym ujrzana sytuacja prezentowala sie nastepujaco:
Jak juz pisalam wczesniej, w KM obecnie trwa wakacyjna akcja obsadzania miasta drzewami. Drzewami, ktorych nie ma juz gdzie wsadzac (ale wole ten rodzaj szalenstwa niz szalenstwo wizowe w Pekinie na przyklad). Zeby wsadzic drzewo, trzeba najpierw wykopac dziure. W Kunmingu nie wyglada to tak, ze kopie sie dziure, wsadza w nia korzenie drzewa i wyrownuje teren, lecz tak, ze najpierw jedna brygada kopie dziure, a kilka dni wczesniej inna brygada wsadza drzewa.
I ja, patrzac wzrokiem pelnym wrodzonego sceptyzyzmu jak rowniez zainteresowania, wdeplam wlasnie w taka poltorametrowa dziure.
Moja noga wyglada jako tako, choc okrzyki, jakie wydaja ludzie na jej widok sa naprawde fajne (jako dostarczycielka wrazen na miare Hitchckocka czuje sie wazna, a milo waznym sie czuc), choc moze jest to spowodowane nie czterdziestocentymetrowym krwiakiem na udzie a tym, ze udo owo jest smukle i piekne, wiadomo.
Tak czy siak, ledwo idac oparta na szwedzkim ramieniu, napotkalam dwoch robotnikow kopiacych wlasnie takie zasadzki partyzanckie na laowajow (laowai, przypominam, to obcokrajowiec). No i powiedzialam im, co nastepuje:
"To jest niebezpieczne, dlaczego tu nie ma tasmy albo czegos, nalezy mi sie odszkodowanie, dziur nie widac w ciemnosci, prosze popatrzec, co sobie zrobilam (i tu prezentacja uda)". Robotnicy byli zachwyceni moja oracja poznowieczorna, urozmaicilam im prace...
Nikt z moich znajomych nie chcial uwierzyc, ze ani ja ani Oskar nie wypilismy wczoraj ani kropelki niczego zawierajacego alkohol. Widac nie tylko pijani alkoholem wpadaja do dziur.
środa, 2 lipca 2008
Rozwiazanie
Poszly my do tego PSB w piatek. No i co nam mowi oficer? Ze niestety, ale do PSB zadzwonila pani B by powiedziec, ze ona nie bedzie zatrudniac pani A i poprosila, by wize pracownicza pani A anulowac. Tak wiec panowie z PSB wreczyli pani A paszport z wiza turystyczna. Data waznosci: 16 lipca. Pani A nawet chyba z ulga odetchnela, ze juz sie nie musi z pania B uzerac. Ale po poludniu pani A z pania eM. udaly sie do pani B. by odebrac wyplate pani A. i jej dokumenty. Pani B. byla niesamowicie zdenerwowana. Co mnie osobiscie dziwi, bo wyczynianie ludziom co tobie nie mile powoduje wyrzuty sumienia i zdenerwowanie tylko u ludzi posiadajacych jakiekolwiek resztki przyzwoitosci a nie wywlok. Jednakowoz wywloka B. trzesla sie az. Pani A spytala od niechcenia, co pani B w sumie nagadala przez telefon PSB tego dnia, na co pani B powiedziala, ze ona niestety nie ma guanxi (ukladow) z PSB i musiala tak postapic. Panna eM. zaczela chichotac, poniewaz mimo calej wiedzy na temat guanxi nie ogarniala dotad rzeczywistej skali zjawiska. Chichot panny eM. wywolal u pani B. wrecz drgawki zdenerwowania, wiec pani A i pani eM. wyniosly sie milosiernie od pani B, by nie narazac jej na utrate zdrowia fizycznego (zdrowie psychiczne juz dawno postradala). A potem pani A i eM. poszly sobie do sklepu z badziewiem, zeby kupic sobie akcesoria, albowiem wieczorem miala odbyc sie impreza w stylu lat osiemdziesiatych w ulubionym tych pan klubie the Hump. I zaponnialy o pani B. Raz na zawsze.
Na farta
Wieczorem, tuz przed rozwiazaniem sprawy wizowej pani A, glowna zainteresowana oraz eM. szly sobie ulica. Deszcz padal jak szalony, jak przystalo na pore deszczowa. Ciemno juz bylo i smetnie. Na ulicach nikogo, wyjawszy mlodziana idacego gdzies z przodu. Przecinajac ulice pani A. nagle ujrzala na asfalcie przed soba monete. Co sie robi z lezaca w blocie moneta? Oczywiscie sie podnosci, bloto mozna zmyc :). Gdy tylko A. sie wyprostowala, chlopak idacy z przodu odwrocil sie, podszedl do A. i rzekl: Zhuni haoyun (zycze Ci farta). I poszedl. A. i eM. staly jak wmurowane nie wiedzac co rzec na ten znak od niebios, ktory automatycznie odczytaly wizowo-paszportowo. Lecz to jeszcze nie koniec tej opowiesci. Chlopak przystanal gdzies za sciana deszczu przed A. i eM. i zawrocil. Wyjal z kieszeni dziesiatki monet i podal pani A. (a nie pani eM.). "Zhuni haoyun" powiedzial jeszcze i ostatecznie odszedl rozmywajac sie w strugach deszczu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)