poniedziałek, 21 lipca 2008

sobota, 19 lipca 2008

wtorek, 15 lipca 2008

Dedykuje Wywloce, buldozycy, K., wariatce.

... te piosenke. Jednego z moich ulubionych bendow. Prosze panstwa, Archive, Fuck you:

There's a look on your face I would like to knock out
See the sin in your grin and the shape of your mouth
All I want is to see you in terrible pain
Though we won't ever meet I remember your name
You`re a scum, you're a scum and I hope that you know
That the cracks in your smile are beginning to show
Now the world needs to see that it's time you should go
There's no light in your eyes and your brain is too slow
Bet you sleep like a child with your thumb in your mouth
I could creep up beside put a gun in your mouth
Makes me sick when I hear all the shit that you say
So much crap coming out it must take you all day
There's a space kept in hell with your name on the seat
With a spike in the chair just to make it complete
When you look at yourself do you see what I see
If you do why the fuck are you looking at me
There's a time for us all and I think yours has been
Can you please hurry up cos I find you obscene
We can't wait for the day that you're never around
When that face isn't here and you rot underground
Can't believe you were once just like anyone else
Then you grew and became like the devil himself
Pray to god I can think of a nice thing to say
But I don't think I can so fuck you anyway

Decydujace starcie

I oto nastal ten dzien.... Dzien niepodleglosci. I zaglady. I armageddonu. I apokalipsy.
Ale ze nie spalam snem kamiennym, tak jak bym sobie tego najuprzejmiej od niebios zyczyla, totez zalegalam w lozku dosc dlugo, by odpoczac. W koncu smignelam do hotelu, bo telefon mi sie rozladowywal, gdyz, jak wiadomo, moj dobytek, w tym ladowarka, znajdowal sie nadal gdzies w mieszkaniu Wywloki. A w hotelu kazdy ma komorke firmy Nojiya (Nokia), wiec moglam sie podlczayc i zaczac wydzwaniac do ambasady.

Nikt przez godzine nie odbieral. To znaczy odbieral jakis pan, nagrany na jakas maszyne, mowiacy w trzech jezykach, ze dodzwonilam sie do Ambasady RP w Pekinie i ze mam poczekac na zgloszenie sie operatora. Dzwonilam tam tyle razy i tak dlugo czekalam na zgloszenie sie nieistniejacego operatora, ze w koncu wyczerpala mi sie swiezo naladowana karta w telefonie i musialam wyskoczyc na ulice, zeby doladowac sobie konto jeszcze raz. W koncu, zdesperowana, poprosilam Bartosza (ktory za bardzo nie mial przeciez czasu, poniewaz wlasnie dokonywal cudu pakowania swojego dziesieciomiesiecznego dobytku do jednej walizki, gdyz nazajutrz mial opuscic miasto Kunming), by sprawdzil, czy przypadkiem w swojej poczcie elektronicznej nie ma jakiegos maila z ambasady, w ktorym bylaby stopka i jakies inne numery telefonu niz ten odsylajacy do maszyny odsylajacej do operatora, ktory najwyrazniej postanowil akurat dzisiaj zrobic sobie urlop.

Bartosz znalazl dwa numery wenterzne: do Endriu (kolesia odpowiedzialnego za nas, studentow polskich w Chinskiej Republice Ludowej) oraz do szefa wydzialu konsularnego. Szef wydzialu konsularnego - to brzmialo jak zbawienie. Wiec zaczelam wydzwaniac, ale gdzies tam na drugim koncu kabla pipczylo tylko monotonnie. Wiec jedyna opcja, jaka mi jeszcze pozostala to proba dodzwonienia sie do Endriu. I.... wooooow, naprawde sie dodzwonilam. Tak sie temu zdziwilam, ze az sie zapomnialam przedstawic. Kazdemu zdarza sie czasem popelnic faux pas, nieprawdaz. Powiedzialam mu, po co dzwonie i ze nie moge sie do konsulatu dodzwonic, wiec dzwonie do niego, a on mi na to, ze przekaze kolezance z wydzialu konsularnego, jak tylko wroci ona z lunchu, bo jest wlasnie pora lunchu i nikogo nie ma w placowce i nie bedzie jeszcze przez poltorej godziny. Aha.

Podziekowalam bardzo bardzo i zaczelam czekac.

Czekanie urozmaicila mi najpierw Wywloka, od ktorej dostalam ni z gruchy ni z pietruchy takiego oto esemesa:

Zwykle ludzie, ktorzy nie placa rachunkow, staja przed sadem. Nie kombinuj, ja wiem lepiej, jak prawo dziala w Chinach. Polacy tez musza postepowac zgodnie z prawem!

Potem zrobil to Bartosz, ktory chcial natychmiast odpisac cos sarkastycznego (nie pamietam juz niestety co, a bylo to dobre, w stylu Bartosza bardzo).
A nastepnie Agnieszka, ktora wlasnie wparowala do hotelu jak burza, wreczyla mi papierowa torbe z ciastkami z JUST HOTA, ktore natychmisat pozarlam, nie pytajac nawet obecnych (Agnieszka) ani pol-obecnych, bo pakujacych swe manatki (Honorata i Bartosz), czy chcieliby tez skosztowac.
Jak sie ma problemy i przyjaciol to jedna zaleta jest to, ze przyjaciele chuchaja na ciebie i dmuchaja i nie maja Ci za zle, jezeli zjesz wszystko to, co mialo byc do jedzenia dla kilku osob.
Przy okazji dowiedzialam sie, ze na sytuacje stresowe reaguje jedzeniem a nie glodowka. W ten sposob powitalam na moim ciele w tym tygodniu dodatkowe cztery kilogramy (nie mam pojecia, jak to jest mozliwe).
Czekalismy, czekalismy, az tu nagle zadzwonili z jednej z licznych agencji modelek, z ktorymi wspolpracowalam, ze chcieliby bym przyszla do nich do biura, jezeli moge. Wiec wzielam Agnieszke, profesjonalna modelke, podobnie jak ja i poszlysmy do agencji modelek, zeby sie rozerwac. Po drodze jednak uznalam, ze ja jestem nadal glodna i wstapilysmy na chaomiana. I wlasnie w muzulmanskiej budzie z chaomianem (smazonym makaronem) odebralam telefon od PANI KONSUL.

Od razu sie zakochalam w tym glosie. Glosie twardej babki. Ktora najpierw mnie wysluchala, nie przerywajac mi (jak ten cham dnia wczorajszego, ktory powiedzial mi, ze ambasada juz nie pracuje, prosze zadzwonic jutro), a potem rzeczowo i konkretnie poradzila mi najpierw poinformowanie Wywloki, ze moja ambasada poradzila mi zglosic na policji kradziez, a potem rzeczywiscie isc na policje. W razie problemow z dogadaniem sie, mialam dzwonic bezposrednio do pani konsul na komorke. Pani kosnul wyrazila tez ubolewanie, ze tak daleko jest ode mnie, bo osobiscie by ze mna poszla na posterunek, a tak bedzie mogla tylko mnie wesprzec telefonicznie w razie czego. Uslyszalam zyczenia powodzenia, podziekowalam i rozmowa sie zakonczyla, wnoszac odrobine pozytywnej energii do tej calej akcji. Pani konsul absolutnie rzadzi i wymiata.

Napisalam esemesa do Wywloki, ze ja informuje, ze Ambasada RP w Pekinie udzielila mi wsparcia. Nie dostalam odpowiedzi. I dobrze.

Skoczylysmy z Agnieszka zwawo i hyzo do modelingowej agencji na minute doslownie i ruszylysmy do szkoly mojej, by zwerbowac na wyprawe na policje moja nauczycielke Cai laoshi. Zeby nie uderzac z zaskoczenia, wstepnie przedzwonilam do Cai, zeby jej zrelacjonowac, co wspaniala polska konsul mi powiedziala. Cai laoshi powiedziala, ze ok, trzeba faktycznie pojsc na policje. Ale ona zawola He laoshi (znana z innego posta Rzeke, ktora nie chciala mi pozyczyc trzech patykow) i He laoshi ze mna pojdzie. I zakonczyla rozmowe, a mi znowu sie zbieralo na lzy... Tylko nie He laoshi! Skandal! W mocno bojowym nastroju weszlam w towarzystwie Agnieszki na szkolny dziedziniec z postanowieniem odrzucenia wszelkiej pomocy He i powiedzenia, co o jej pomocy dnia poprzedniego mysle. I poproszenia Cai, zeby to ona ze mna poszla na policje.

Ale jak sie okazalo, He sama zrezygnowala z pomocy mi. Zamiast niej przyszedl sam dziekan, Yang laoshi. Yang laoshi nic nie wiedzial o sytuacji, ale za to jego angielski jest wysmienity i nie musialam po raz kolejny sie silic na wyjasnienia po chinsku. To Agnieszka ze swoim boskim angielskim opowiedziala dziekanowi wszystko, ja dodawalam kolejne watki i w ten sposob dziekan wiedzial wszystko, niemal dokladnie tak, jak ja to tutaj opisalam, nie wylaczajac z tego esemesa o sadzie, ktorego od wariatki dostalam rano.

I ruszylismy we czworke: dziekan, jeszcze jeden nauczyciel (ktorego rola ograniczala sie do przydupasa, ale i tak jestem wdzieczna za te obstawe niesamowicie), Agnieszka i ja. Udalismy sie taryfa (za ktora dziekan nie pozwolil mi nawet zaplacic!) do wlasciwego dla mojego miejsca zamieszkania posterunku policji. Na miejscu zajal sie nami bardzo bardzo kumaty oficer w cywilu (od razu mi sie skojarzyl z Bobem, moim rodzinnym kryminalnym i jakos tak swojsko sie zrobilo), wysluchal calej opowiesci wygloszonej pieknie przez dziekana, zadzwonil po Wywloke i.... nie chcial juz tak bardzo ogladac mojej wizy! Po raz pierwszy poczulam, ze nie jestem tam tylko obcokrajowcem, potencjalnie nielegalnie przebywajacym na terytorium Chin, ale branym na powaznie petentem, czy jak sie klient policji nazywa.

Wywloka pojawila sie w koncu, w towarzystwie Szkotki z Radomia, Szkota z Radomia poszla obok zalegalizowac swoj pobyt, a my do sali konferencyjnej, gdzie przy ogromnym stole po jednej stronie zasiadla moja banda, po drugiej Buldog (wszyscy odwracali wzrok, zeby nie musiec narazac sie na estetycznie niemile doznania, procz nieustraszonej Agnieszki, gapiacej sie Wywloce prosto w ten jej pysk), a u szczytu stolu pan policjant. I zaczely sie.... negocjacje! Policjant uznal, ze mozemy jeszcze ta sprawe ciagnac tygodniami, jezeli ja chce, ale jezeli nie chce, to lepiej zebym zaplacila. Znowu moja wymieta umowa nie wbudzila zadnego zainteresowania, chociaz tym razem zarowna ja, jak i Agnieszka twardo wysuwalysmy ja jako argument. No coz, dziwne, moze w tym kraju tak juz po prostu jest.... No to ja juz stwierdzilam, ze okej, ze ja juz wole zaplacic i miec juz raz na zawsze z glowy te babe. Agnieszka jednak zaczela rozmawiac do Wywloki (oczywiscie na modle sarmacka, po szlachecku), ze absolutnie niedopuszczalne jest, by Marta placila za remont mieszkania Wywloce, wiec ona, Agnieszka, rzada dla Marty (zabrzmialo prawie jak "mojej klientki") obnizenia tej kwoty, ktora Marta ("moja klientka") musi zaplacic za cos, czego nie zrobila tylko dlatego, ze nie ma juz czasu na zabawy w detektywa.

Powiedzialam, ze zaplace 1200, bo wiecej nie mam. Wywloka przystala na to (lepszy rydz niz nic, mowi na ten temat polskie przyslowie) oraz postanowila zachowac depozyt. Na rachunki, ktorych nie placilam. Policjant napisal pismo, na ktorym ja zobowiazalam sie do zaplacenia 1200 RMB, gdy tylko Wywloka pozwoli mi na wziecie z bagazu mojej karty bankomatowej, ona sie zobowiazala do oddania mi bagazu po zaplaceniu tej kwoty i obie zobowiazalysmy sie do zaprzestania jakichkolwiek roszczen wobec siebie nawzajem bezposrednio po odzyskaniu przeze mnie moich rzeczy.
Wywloka na koniec wyglosila pod moim adresem oslawione w calym Kunmingu juz zdanie: "Jezeli napiszesz cos o mnie na blogu, pozwe Cie".
Jakze bym smiala.
Podpisy, odciski palca (takie sa w Chinach formalnosci, ze trzeba przy kazdym podpisie zostawiac odcisk kciuka), dowidzenia.

I w ten sposob w koncu odzyskalam moje rzeczy. Hurra. Zapomnijmy juz o tym drobnym fakcie, ze musialam je wykupic, za przyzwoleniem wladzy z reszta.
Tego dnia wieczorem Oskar polecial do Tajlandii.

A ja poszlam spac. Bardzo dawno juz nie spalam.
Nastepnego dnia zapadlam na grype.
Ale bede zyla dlugo i szczesliwie. Jak zwykle.

Czas pomyslec nad zemsta.....

Srutututu majtki z drutu

Po tym, co sie wydarzylo w poprzednim odcinku generalnie poczulam sie beznadziejnie, wiec udalam sie do kultowego hotelu, gdzie mialam nadzieje spotkac kogokolwiek. I tak wpadlam do pokoju Honoraty i wybuchnelam jej histerycznym szlochem prosto w kolnierzyk bluzeczki. Mniej wiecej sekunde pozniej zadzwonil moj telefon. Jak zwykle bywa w sytuacjach stresowych, telefon byl moim wrogiem i nie chcialam nawet sprawdzac, kto dzwoni, ale w sumie mogl to byc ktos mily, pragnacy mi uswiadomic, ze jest przeciez takie a takie rozwiazanie tej calej sytuacji groteskowej. I podnioslam.... A tam glos Taty, ktory dzwonil w sumie po to, zeby mnie poprosic o przeslanie skanu swistka nadania paczki, ktora wyslalam juz miesiac temu, a jeszcze nie doszla do domu byla... W takim stanie, w jakim ja sie znajdowalam, na glos Taty mozna zrobic tylko jedno - zaczac jeszcze bardziej dramatycznie szlochac. Wyluszczylam Tacie, zanoszac sie placzem, historie moja idiotyczna, a Tata, z umyslem swym swiezym faktycznie sprzedal mi pomysl! Zeby zadzwonic do naszej ambasady, niech powiedza cos. Ambasada - to brzmi dumnie, niech Wywloka wie, ze rozpetala miedzynarodowa afere!

Tak tez zrobilam. Zadzwonilam do ambasady niezwlocznie. Jednak jakis niemily pan odebral i powiedzial mi, ze mam dzwonic dnia nastepnego rano, albowiem ambasada juz ma fajrant. \
Posiedzielismy wiec cala hotelowa ekipa na korytarzu i zrobilismy burze mozgow.
Pojawiaja sie pomysly z gatunku: a. isc duza ekipa zlozona zarowno z Chinczykow, jak i Afrykanow i Europejczykow do mojego bylego mieszkania z zapasowymi kluczami (ktore od pol roku trzymam u Honoraty, gdybym czasami zapomniala z domu swoich), wejsc, wziac moje rzeczy, wyjsc; b. zaczaic sie w krzakach pod blokiem, wyczaic moment, kiedy Wywloka i Szkotka z Radomia opuszcza lokal, wykorzystac klucz, wejsc i tak dalej da capo al fine; c. isc na policje.
I w koncu wyszlo na to, ze plan jest taki:
1. Jutro dzwonie do ambasady i prosze o rade.
2. Niezaleznie od tego ide do szkoly i robie zadyme, zeby kazdy pojedynczy nauczyciel sie dowiedzial o mojej sprawie. Moze ktos ma te oslawione guanxi.
3. Razem z nauczycielem idziemy na policje i zglaszamy kradziez albo cos analogicznego.
4. Odzyskujemy moje rzeczy.
5. Kazdy, procz Wywloki, ktora ostatecznie sama spadnie ze schodow, zyje dlugo i szczesliwie.

Zadzwonilam w miedzy czasie do mojej chinskiej kolezanki, ktora zatwierdzila moj plan jako odpowiedni w tego typu sytuacji.

Spotkalam sie tez na godzine z Oskarem, ktory od dawnych juz czasow nakazywal mi zrzucenie Wywloki ze schodow, jak tylko pojawi sie na horyzoncie... Jednak nie zrobilam tego zawczasu, o ja glupia, i teraz przypadkowy upadek Buldozycy moglby sie wydac odrobine podejrzany chinskiej policji, ktora chyba tylko czeka, az laowaje zaczna popelniac przestepstwa i bedzie ich mozna wszystkich deportowac, najlepiej na Ksiezyc.
Oskar jednak sie nie poddawal i postanowil udac sie osobiscie do Wywloki po odbior mojej wlasnosci. Byl przy tym tak zdeterminowany, ze nie pozostalo mi nic innego, jak pomachac mu na pozegnanie, gdy ruszal w kierunku wzgorza, na ktorym dotychczas mieszkalam w pewnym W OGOLE NIE ZNISZCZONYM mieszkaniu.
Z pozniejszych relacji Oskara wynikalo, ze probowal dzwonic do Wywloki, by ja ujac swym wrodzonym urokiem osobistym, jednakowoz zostal splawiony tymi slowy: "Ona [to o mnie] powinna sie nauczyc sama zalatwiac swoje sprawy".

Tego dnia nie pozostalo mi juz robic nic innego, jak pojsc do cukierni JUST HOT, kupic sobie ciasteczka i wrocic do mieszkania Agnieszki, by najpierw sie napchac, a nastepnie zasnac snem kamiennym, po raz pierwsy na nowych wlosciach.

niedziela, 13 lipca 2008

Akcja haraczowa, czesc kolejna.

Wedlug tego, co buldozyca mi powiedziala (a mialo to byc rzekomo tlumaczenie tego, co policjant wczesniej mial rzec) mialam oddac jej klucze od mieszkania, zostawic w nim caly inwentarz swoj wraz z takimi rzeczami jak bilet lotniczy papierowy na lot z Szanghaju do Poznania przez Monachium (bo juz wkrotce udaje sie na wczasy do Polski, gdzie w warunkach cieplarnianych przez minimum kilka dni bede leczyla sie z Kunminskiej traumy i choroby, na ktora nota bene zapadlam w miedzyczasie), dowod osobisty, karta bankomatowa WBK, dowody wymiany pieniedzy z obcej waluty na RMB (niezbedne, jezeli chcialabym dokonac wymiany w druga strone) oraz moje buty, skarpetki, bielizna, odziez wierzchnia i ksiazki, absolutnie mi akurat potrzebne, poniewaz do sesji pozostaly cztery dni. Taki stan rzeczy (brak kluczy do mieszkania oraz dostepu jakiegokolwiek do moich rzeczy) mial sie utrzymywac, wg slow Wywloki, az policja nie podejmie decyzji, czy mam placic haracz (czyli oplacic remont podlogi, ktorej nie uszkodzilam i reszty mieszkania K, ktorego nie uszkodzilam rowniez) czy tez moge sobie odejsc w sina dal nie placac haraczu.

Gdy tylko policjanci wraz z Wywloka znikneli za rogiem, my z Agnieszka wrocilysmy do mieszkania na herbatke, ktora miala na nas zadzialac uspakajajaco, ale nie zadzialala. Zadzialal natomiast Matthew (po chinsku Mate, czyli niezwykly kon), chlopak Agnieszki, ktory przyszedl po chwili i zaczal raczyc nas opowiesciami o jakis laowajach w Kunmingu, ktorzy siedzieli tu w wiezieniu przez iles miesiecy i potem po ekstradycji do ich krajow kary zostaly im anulowane. Jak milo.
Nie moglam za bardzo wysiedziec w mieszkaniu, wiec spakowalam sie i poszlam spac do hotelu do Eleny. Gdy zaszlam na ulice, gdzie jest hotel, napotkalam znajomych, ktorym w odpowiedzi na sztampowe: "How you doin'?" opowiedzialam moja mrozaca krew w zylach historie. Uslyszalam slowa, na ktorych uslyszeniu wlasnie mi zalezalo - ze mam wsparcie, ze mam dzwonic jakby co, ze Wywloka to glupia wywloka. Potem weszlam do hotelu, a tam wszyscy moi hotelowi znajomi siedzieli akurat na korytarzu. Mniej wiecej wiedzieli co sie dzieje, bo w momencie, kiedy szalony Pit Bull przechadzal sie akurat kolo Agnieszkowych konopii, ja wykonalam telefon do Eleny, zeby zdobyc jakikolwiek numer do jakiegokolwiek nauczyciela z naszego wydzialu. Uzupelnilam im historie, zostalam poglaskana po glowce, poczestowana slodyczami... Co ja bym bez nich zrobila, zwlaszcza bez Honorki i Bartosza...
Na nastepny dzien obudzilam sie z malowniczymi sincami pod oczami a la mis panda i postawa waleczna. Od razu niemal wyslalam esemesa do Wywloki, poniewaz zdalam sobie sprawe, ze wlasciwie, to ja nie mam za co zyc i ze musze koniecznie wydobyc w mojego bagazu przetryzmywanego przez Wywloke w jej mieszkaniu moja karte bankomatowa oraz kilka par gaci chociaz. W esemesie bylo, ze chcialabym wpasc do niej zabrac moja karte bankomatowa, bo chcialabym jakos przezyc w Kunmingu, co jest mocno utrudnione bez pieniedzy, zwlaszcza, ze wlasnie zostalam wygoniona z mieszkania.

Odpowiedz Wywloki byla taka:
no deal b4 the judge from police. pls wait. dont break the law by entering the apt. without my permission. u may have another hey i assume. email u later

Gdy tylko dostalam takiego esemesa, poczulam ewidentnie, ze chyba cos tu jest nie tak, ze ja, studentka na stypendium, nie mam zadnych srodkow do zycia ani miejsca do spania, jestem w posiadaniu tylko tego, co mam na sobie i malego plecaczka... Prawda, ze budzacy wspolczucie jest to obrazek? Mialam nadzieje, ze wzbudzi tez wspolczucie moich nauczycieli, tak wiec udalam sie do szkoly, gdzie w jej ofisie znalazlam moja Cai laoshi (kobiete waleczna, troche ironiczna, ale taka, o ktorej mozna powiedziec ze jest kekao i mozna na niej polegac). I zaczelam z siebie wypluwac cala historie z najdrobniejszymi szczegolami, nawet opowiedzialam, co na blogu napisalam o buldozycy, ze sie na mnie wkurzyla tak. Cai laoshi sluchala mnie cierpliwie i nawet sie przejela. Ale sama nie chciala sie niczym zajac ani mi pomoc osobiscie. Zawolala He laoshi.

Wtret na temat He laoshi.
He (w tlumaczeniu na jezyk polski: Rzeka, na angielski River) to osoba, z ktora na szczescie nie mialam zbyt duzo do czynienia, poniewaz nie jestem stypendystka rzadu chinskiego, lecz stypendystka rzadu polskiego (dzieki Ci Boze za to). Jest ona generalnie odpowiedzialna za wszystkich stypendystow zagranicznych na terenie Yunnan University, co w moim przypadku przeklada sie na to, ze gdy poszlam prosic o pomoc Cai laoshi, Cai laoshi musiala moja sprawe przekierowac do Rzeki, natomiast w przypadku stypendystow rzadu chinskiego, na przyklad Honoraty, przeklada sie na czeste dosyc kontakty w sprawie wyplacenia stypedium. Nie bede sie bawila w szczegolowe objasnienia, ale po roku obcowania ze stypendystami rzadu chinskiego wiem, ze Rzeka jest ksenofobka i rasistka, nikomu nigdy nie pomogla, nie przelewala stypendium na czas, podczas wakacji zimowych w ogole nie przelala stypendium, bo byla przeciez na urlopie, wygonila Nelsona z jego pokoju w hotelu, bo za drogo to rzad chinski kosztowalo i takie tam akcje dziwne i frustrujace wyczyniala.

Gdy uslyszalam, ze ma przyjsc do mnie He laoshi i pomoc mi rozwiazac moj problem, ogarnela mnie czarna rozpacz. Bo wiadome bylo, ze He laoshi wolalaby raczej mnie pograzyc niz mi pomoc. To znaczy wszyscy stypendysci to wiedza. Najwyrazniej Cai laoshi o tym nie wiedziala, bo nie watpie w jej dobre intencje.
No ale po nadejsciu Rzeki staralam sie jak najdokladniej opisac jej sytuacje, bo a nuz zapala ona sympatia wobec biednego waiguorena i uda jej sie cos wskorac? Ale gdy tylko zaczelam mowic, na twarzy Rzeki zobaczylam ironiczny polusmieszek.
Rzeka jednak cos tam zrobila. Zadzwonila na policje i sie zapytala o final mojej sprawy (bo przeciez ile mozna czekac na judge from the police!). I w tym momencie okazalo sie, co nastepuje:
Wywloka mnie oklamala. Pit Bull wcale nie kazal mi zostawiac jej kluczy i bagazy. To ona wykorzystala moja niezdolnosc do zrozumienia Kunming hua i powiedziala mi, ze Pit Bull wlasnie tak powiedzial. Ponadto - nie czekam na zadna decyzje z policji, poniewaz policja umywa od tego rece i nie jest mocna do decydowania o takich sprawach. Strony musza dojsc do porozumienia.
No to bosko, mila kobieta z tej Wywloki. Wziela sobie klucz, przetrzymuje moje rzeczy.... Czy to nie jest przypadkiem kradziez? Tak sobie wlasnie myslalam, a Riviera dzwonila do samej Wywloki "porozmawiac z nia". O, jakze ciekawa to byla rozmowa!!! Rzeka nie powiedziala ani slowa przez dziesiec minut dajac sie zagadac na smierc niemal Wywloce, ktora, najpewniej, malowala przed Rzeka moj diaboliczny obrazek. W jedenastej minucie Rzeka nagle przemowila. Co uslyszalam?
"Shao yi dianr bu xing ma?"
No ladne jaja, to oznaczalo, ze Riviera zaczela sie "dla mnie" targowac z Wywloka! Zaczelam sie smiac z absurdu sytuacji.... Ja probuje odzyskac moje rzeczy zgodnie z litera prawa, w ktorego istnienie w Chinach jakos dziwnie ciagle wierze, a nauczycielka majaca mi pomoc probuje obnizyc haracz za odzyskanie moich bagazy targujac sie z oszustka!
W koncu Rzeka skonczyla te nie prowadzace do niczego negocjacje i odlozyla sluchawke. I rzekla do mnie tymi slowy:
"Mysle, ze jedyne, co mozesz zrobic, to targowac sie."
Ja: "Czy laoshi mysli, ze mnie interesuje zaplacenie za cos, czego nie zrobilam? Nie zrobie tego, poniewaz jest to nie fair, a ponadto nawet gdybym chciala to zrobic, to moja karta do bankomatu jest w moich dokumentach w mieszkaniu tej baby"
Rzeka: "Pozycz pieniadze od swoich przyjaciol".
Ja (z nieukrywana juz irytacja w glosie): "Nie mam przyjaciol, niech laoshi mi pozyczy, jezeli uwaza to za najlepsze rozwiazanie. A najlepiej niech mi da, jezeli naprawde chce mi pomoc."
Na to laoshi pozegnala sie i uciekla, bo prawdopodobnie nie chciala robic za moja przyjaciolke, ktora powinna mnie wspierac finansowo.
A ja zostalam sama z poczuciem, ze w tym kraju naprawde nie da sie nic wskorac, poniewaz nikogo nie interesuje ani to, ze zostalam oszukana, ani to, ze ktos moje mienie bezprawnie przetrzymuje, ani umowa o wynajem. Jedyna interesujaca rzecza jest to, kiedy w koncu sie skonczy moja wiza, zeby mozna mnie z tego kraju wywalic i pozbyc sie problemow.

sobota, 12 lipca 2008

Chinska paranoja

Przerwynik dla anglojezycznych - przeczytajcie sobie artykulik w Los Angeles Times.