wtorek, 22 kwietnia 2008

Somewhere in China, odcinek czwarty

ROZDZIAŁ CZWARTY (ostatni czongcingowy)

W dniu drugiego lutego Anno Domini 2008 Ani Q. w końcu definitywnie zniknęły imprezowe sińce spod oczu, bo w końcu naprawdę się wyspałyśmy. Po prysznicu (z konieczności zimnym, bo ciepła woda na naszym 18 piętrze, jeżeli zechciała się pojawić pod wystarczającym ciśnieniem, by użyć jej do kąpieli, to na pewno nie była ciepła) zaczęłyśmy się przysposabiać do żmudnej czynności pakowania, albowiem tego właśnie dnia wieczorem miałyśmy opuścić na statku największe miasto w Chinach.

Śniadanko znowu w Starbucksie (w ogóle, rodacy, ta amerykańska sieć kafejek ma nam się wkraść na polski rynek już w przyszłym roku, jak przeczytałam w internetowym wydaniu dzisiejszej „Wyborczej”… Hmmm, ja preferuję knajpy typu Ptasie Radio przy Kościuszki albo Zielona Weranda przy Paderewskiego w Poznaniu, koniec reklamy), pan Hao, który nas do Starbucksa zabrał, wykazał się nadzwyczajną zdolnością rozumienia polskiego tekstu słyszanego, bo bez znajomości ani słowa po polsku zrozumiał moją sugestię kierowaną przytłumionym głosem do Ani, że oprócz mega wielkiego kubasa kawy przydałoby się jeszcze pożreć coś pozwalającego zapobiec bezpośredniemu atakowi kawy po amerykańsku na nasze delikatne żołądki i pozwolił nam sobie wybrać dowolny wypiek (eeeee tam, nic nie równa się szarlotce albo czekoladowcowi z Ptasiego Radia, koniec reklamy).

Teraz będzie WTRĘT, charakterystyczny dla tego bloga. Wtręty być muszą, by ukazać czytelnikowi sytuację w szerszym kontekście kulturowym, żeby, na przykład, czytelnik nie musiał się głowić, jak to się niby stało, że pan Hao zrozumiał w lot, że ja chcę ciastko zjeść. Już tłumaczę: Chińska nacja ma nadzwyczajny dar czytania w myślach, ale dopiero po usłyszeniu tonu głosu. Bez względu na język nadawcy przekazu. Na palcach dłoni i paluchach stóp nie wyliczyłoby się sytuacji, w których reakcja Chińczyka była akurat taka, jaka mogłaby być reakcja kogoś, kto rozumiałby język w którym mówię. Najbardziej spektakularne przykłady pochodzą z punktów usługowych i handlowych. Egzemplum: Z koleżanką Moniką, zwaną też Xiaomao z racji nazwiska (Kocurek się Monika nazywa, a Xiaomao to kotek po chińsku) eksplorujemy sklepy, aż natykamy się na spódniczki idealnie nam podchodzące pod gusta. Idziemy przymierzyć. W chińskich sklepach odzieżowych w kabinach przymierzalniczych nie ma luster, za to zawsze jest jakieś lustro w sklepie. Wyszłam więc z kabiny, by przyjrzeć się mnie w potencjalnym zakupie i pytam Moniki: „Widziałaś lustro?”. W tym momencie chińska sprzedawczyni nagle obudziła się z letargu i poczęła ciągnąć mnie ku lustru. Spódniczka, oczywiście, wyglądała znakomicie, mimo że moje nóżki tego dnia niczym truskaweczki były. Mówię do Xiaomao: „Chyba ją kupię”. Xiaomao (przeglądając się w lustrze odziana w swój potencjalny zakup) do mnie: „A ile one kosztują?”. Nawet nie zdążyłam otworzyć ust, by zapytać panią sklepową, gdy ta oznajmiła mi, że spódniczka 95 yuanów kosztuje. „O Jezu, ale drogo” rzekła Xiaomao i skierowała się do przymierzalni, by raz na zawsze zdjąć towar luksusowy z siebie. Reakcja pani sklepowej??? No chyba czytelnik da radę przewidzieć. Oczywiście, pani Chinka od razu mówi (żeby nie było nieporozumień, po chińsku, a my rozmawiałyśmy ze sobą po polsku, albowiem tej samej nacji z Xiaomao jesteśmy): „ Ale nali drogo, nali nali (nali znaczy: gdzie tam), material hen hao (bardzo dobry), w ogóle ta spódniczka hen shufu (wygodna).” I tak uderzając w te tony zachwala świergocząc towary swe. Monika aż wychyliła głowę zza kotary: „Ona wszystko rozumie, czy może ona absolwentką polonistyki jest?????”. Na to pytanie pani nam nie udzieliła odpowiedzi. Wolała przemilczeć.

To tylko jeden przykład, a jest ich mnóstwo, Chińczycy rozumieją Niemców, Amerykanów, Gruzinów, Laotańczyków. Jeno siebie nawzajem nie za bardzo. KONIEC WTRĘTU.

Po śniadanku toyotą przejechaliśmy się na wielki pagór po drugiej stronie rzeki Jangcy, zwany Nanszan, by zobaczyć widok na miasto, co jednak było niemożliwe, bo nad miastem wisiało ciągle to samo matowe paskudztwo, może smog, może mgła, a może mix. Tak czy siak – bardzo przyjemne miejsce do życia ten Nanszan. Niestetyż, zachciało nam się z Anią udać na siczka (nie mylić z Sieczką, bo Sieczka to ja). Zaparkowaliśmy więc, walnąwszy uprzednio w krawężnik, przed wyglądającą rozsądnie knajpą. Pan Hao zapytał o toaletę, odpowiedziano mu: „Piętro wyżej”. Jeno knajpa jednopiętrowa była. Ale jakieś schodki z boku się czaiły. Po wspinaczce, niczym do jakiejś chińskiej świątyni, dotarliśmy do wychodka, nie zasługującego na miano ustępu nawet. Pan Hao scykorzył, a my z Anią nieustraszone skorzystałyśmy z ukrytej za foliówką dziury w ziemi.

Potem pan Hao odwiózł nas pod domeczki w centrum, zaprojektowane przez Chrisowego „wujka” (wujkiem jest w Chinach każdy, kogo opłaca się mieć za wujka). Tam czekali na nas Chris i Judy, uparcie zwana przez Anię Q Jenny, którzy zabrali nas do świątyni. Świątynia jak świątynia, wlepiona między drapacze chmur. Jedyną ciekawostką była tam kobieta z osmaloną twarzą. Gdyby Ania to czytała, na pewno powiedziałaby do mnie: „Martuniu, ty złośliwcze”, podczas gdy to właśnie ona drążyła temat o przyczynach osmalenia twarzy wspomnianej kobiety.

Na koniec dnia udaliśmy się na kolację z wszystkimi pracownikami firmy pana Hao do obrotowej restauracji na ostatnim piętrze wysokiego budynku przy samym pomniku Jiefangbei. Od tych obrotów dostałam szybko choroby lokomocyjnej. Chris o mało mi się nie oświadczył, Ania była adorowana przez czterdziestoletniego Huanga (jednak postanowiła jeszcze nie mówić o nim per „mój chłopiec”), jedzenie było dobre (oprócz świństwa o nazwie „ogórek morski”). Jedną z atrakcji kolacji było pojawienie się Chińczyka w różowej koszuli i fioletowym sweterku, widocznie taka moda jest teraz w wyższych sferach (co ja gadam, przecież Chiny to państwo komunistyczne, tu nie ma wyższych sfer, wszyscy równi są).

Siedzący po mej lewicy Chris strasznie był zatroskany, że możemy nie zdążyć na nasz statek i ciągle pokazywał mi zegarek, ja następnie pokazywałam zegarek Ani, która siedziała po mojej prawicy, a ta pokazywała zegarek panu Hao, który był następny w rządku. Ten był już po połowie butelki śmierducha (mam na myśli baijiu) i beztrosko informował nas, że statek dopiero o 22:30 odpływa. Tak więc na kwadrans przed dziesiątą Huang i Hao podnieśli się z lekkim oporem materii z siedzisk i wraz z nami ruszyli po nasze bagaże, które czekały w biurze pana Hao, by następnie odwieźć nas do portu.

Po chwili nastąpiła mała czapa, znana też jako zonk. Albowiem Ania Q. wyjęła z jakiś czeluści bileciki nasze statkowe, zasponsorowane wspaniałomyślnie przez Hao, a na bilecikach jak wół było napisane, że statek odpływa o 22.

Tak więc w wyniku powstałej afery nasz pijany kierowca Huang w pięć minut dowiózł nas skrótami do przystani, łamiąc wszystkie możliwe przepisy, ale to co, przecież zna policjantów oraz bossów czongcińskiej mafii (to się nazywa guanxi czyli układy, kto nie ma w Chinach guanxi, jest nikim, a kto ma dużo guanxi, jest kimś). Szybko wskoczyłyśmy na pokład paskudnej łajby, która akurat odbijała od brzegu… i tak się zaczęła nasza nowa przygoda :P. Ale o tym w następnym odcinku.



poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Wtręt marginalny dotyczący spraw przyziemnych

No więc obok jest taka ankieta, proszę wypełniać! Raz w życiu zdarza się okazja posiadania wpływu na czyjś imidż, stajl, więc proszę jej nie przegapić. Chodzi konkretnie o to, że denerwuje mnie ostatnio silnie posiadanie owłosienia na głowie. Jednakowoż jak na razie nie ścinam go w nadziei, że będę piękniejsza niż jestem. Ale chyba nic z tego. A może coś z tego? No i nie wiem co z włosem robić. Czekam na wypowiedzi (należy wybrać odpowiednią opcję i kliknąć na przycisk "vote" tudzież "głosuj", w zależności od kraju.
A następny odcinek historyjki pod tytułem "Somewhere in China" już wkrótce na niniejszej stronce internetowej.

Somewhere in China, odcinek trzeci

ROZDZIAŁ TRZECI, w którym się staram nie być zwłokami

Obudziłam się z kacem życia i od razu postanowiłam już nigdy tego uczucia nie powtarzać. Nie wnikając w charakterystykę fizjologiczną tego zjawiska muszę zaznaczyć, że nie byłam w stanie pójść wraz z Anią Q. oraz naszymi dobrodziejami na podobno wyśmienity lancz w stylu zachodnim do diabelnie drogiej knajpy o nazwie U.S.B. Coffee. Za to byłam w stanie zmienić pozycję na wertykalną trochę później, by udać się na spotkanie z Pochrzanioną Natalią. Pochrzaniona Natalia, to dziewczyna wynaleziona przez Couch Surfing, u której chciałyśmy nocować, nim zostało nam oświadczone, że mamy już zarezerwowany hotel i nie musimy za niego płacić. Jednak nocować u Pochrzanionej Natalii i tak by się nie dało, bo akurat wybierała się do Pekinu na balety, jednak była w stanie spotkać się z rodaczkami na kawie tuż przed odlotem (co miało miejsce w knajpie MacDonalda przy Jiefangbei). Bo Pochrzaniona Natalia oczywiście jest Polką, inne nacje nie umiałyby tak jawnie pochrzanionym być. Pochrzaniona Natalia mówiła o swoim czterdziestoletnim chińskim bojfrendzie per „mój chłopiec”. Gwiazdą spotkania z PN był jednak pan Hao, który ni z tego ni z owego zawitał do Maca, by oświecić mnie i Anię, że w Chinach jest SNOW-DISASTER i wszystko jest „eingesperrt” (my z panem Hao głównie po niemiecku gadałyśmy), co generalnie oznacza, że śnieg rozwalił całą śródlądową komunikację w kraju środka. W związku z tym nasza skrupulatnie obmyślona, powstała w naszych umysłach po wielokrotnych modyfikacjach trasa tripu przestała mieć rację bytu (Q pamięci: miałyśmy się spotkać w Chongqingu, popłynąć do Yichangu, stamtąd lądem (bus, pociąg?) dostać się do Yueyangu, dalej dojechać do Yichunu, gdzie mieszka chińska koleżanka Ani, by świętować z jej rodziną chiński nowy rok, a następnie miałyśmy się rozjechać). Miast interesować się perypetiami z „chłopcem” Pochrzanionej Natalii, poczęłyśmy się głowić nad kolejną zmianą w naszej wyprawie. Chciałyśmy koniecznie popłynąć statkiem po Jangcy, no ale co robić po wysiadce???? Skoro tylko niebo i rzeki nie są obecnie „eingesperrt” w Chinach, trzeba było właśnie takie możliwości rozważyć. Do Wuhanu płynąć nie chciałyśmy, więc pozostało nam wsiąść w samolot. Jedyne możliwości w porcie lotniczym w Yichangu: Pekin lub Szanghaj. Decyzja? Lecimy obie do Szanghaju. Ania – bo musi stamtąd odebrać mamę, babcię i ich kumpelki, ja – bo nie mam innej możliwości i chcę zobaczyć Szanghaj. Weszłyśmy w szybki kontakt z kultową postacią Aninych opowieści o życiu w Janinie: Anną ze Szwecji, która ostatnio się z Jinanu do Szanghaju przeprowadziła, by zrobić praktykę w tamtejszej szwedzkiej ambasadzie… i już miałyśmy gdzie spać. Pan Hao w tym samym czasie wykonał kilka telefonów i klamka zapadła – nasze bilety z Yichangu do Szanghaju zostały kupione. Wszystko miało miejsce w MacDonaldzie, a ja nadal nie miałam ani grosza na koncie bankowym, o czym na bieżąco byłam informowana z Kunmingu, gdzie Bartek też czekał na swoją kasę.

Po wyjściu z Maca Pochrzaniona Natalia została wsadzona do taksówki na lotnisko, a my zostałyśmy wsadzone do samochodu pana Hao, którym to zostałyśmy zawiezione na drugi brzeg Jangcy. Naprawdę było mi ciężko powstrzymać własny żołądek od wywrócenia się na lewą stronę. Cel wycieczki był następujący: zjedzenie naszego pierwszego słynnego czongcińskiego gorącego kociołka (hot pota, huoguo) w knajpie z widokiem na Jiefangbei i rzekę. Huoguo okazało się nie być jakoś specjalnie przepalające rurę, było ok! Ale największy szał jak dla mnie oczywiście robiły słodycze: ciasteczka z mąki ryżowej smażone w głębokim tłuszczu. Mniam. Herbaty dolewał nam fuwuyuan (kelner) zaopatrzony w czajnik w baaaaaaaaardzo długim dziubkiem.

Po kolacji pojechaliśmy wszyscy do KTV. KTV to jest takie specyficznie chińskie (a może azjatyckie?) karaoke. Wynajmuje się specjalny pokoik dla swoich znajomych, zamawia się jedzenie i picie do tego pokoiku, i jazdaaaaaa, śpiewamy. To był mój pierwszy raz w takiej instytucji rozrywkowej i… szału nie było, bo trzy piosenki na krzyż po angielsku były, w tym jedną tylko znałam. Chinki, które z nami były na kolacji, uległy już alkoholowi, który został przez nie wypity, więc był suchar! Po kilku barytonowych popisach Huanga opuściłyśmy lokal, śmierdząc nadal oparami z gorącego kociołka.

sobota, 15 marca 2008

Somewhere in China, odcinek drugi

ROZDZIAł DRUGI, w którym się kończę.
Wstałyśmy z Anią Q dnia następnego świeżutkie i wypoczęte. Zaraz po dokonaniu porannych ablucji dostałyśmy info, że mamy się stawić o 11 na dziesiątym piętrze naszego wieżowca, albo na jedenastym piętrze wieżowca o godzinie 10. Niejasność informacji spowodowała naszą dezorientację w czasoprzestrzeni. Jednakowoż ostatecznie Chińczyk o typowo chińskim imieniu Chris odnalazł nas i poinformowany od niechcenia o moim uzależnieniu od kofeiny, zabrał nas do Starbuck'sa, knajpy łańcuszkowej z Ameryki, której nie ma w Kunmingu, ale już w bardziej cywilizowanym świecie czyli w Chongqingu czy w Szanghaju jest. Oczywiście zostałyśmy zmuszone do zostania utrzymankami (znowu), bo nie pozwolono nam zapłacić za nasze przeogromne kubki całkiem przyzwoitej kawy. Po kawie zniknęliśmy w czongcińskiej mgle. Bo miasto było nią wypełnione. I "twardej" turystyce stało się zadość, co należy rozumieć tak, że zostałyśmy zabrane do muzeów, przy czym pierwsze miało być muzeum miasta Chongqing, a było w rzeczywistości muzeum urbanistycznym miasta Chongqing, co okazało się po późniejszej analizie skwapliwie przeze mnie zbieranych bilecików i kwitków; zawierało w sobie dwa tysiące makiet miasta Chongqing i było nudne niemiłosiernie, a zostało wybrane przez Chrisa tylko dlatego, że w jego nazwie było słowo muzeum, i akurat byliśmy w pobliżu. Po obejściu muzeum dookoła i nie skorzystaniu z atrakcji przed wyjściem z niego, a mianowicie z wypełnionego kolorowymi plastikowymi piłeczkami baseniku dla dzieci (bo mnie pan wyzwał, że za duża jestem) musiałyśmy sobie powiedzieć jasno: ALE SUCHAR! Natomiast to drugie, to było Muzeum Trzech Przełomów, całkiem ciekawe.
Między odwiedzeniem jednego muzeum a zwiedzeniem drugiego muzeum stałyśmy w deszczu w towarzystwie Chrisa i gapiłyśmy się na dwie rzeki, z których jedna nazywała się Yangcy, a druga nie wiadomo jak się nazywała. Mgła była jak u nas na polskiej wsi (czytaj: w Londynie).
W tym Chongqingu to jakieś antarktyczne iście temperatury panowały (5 stopni), a ja niezaopatrzona w raki i rakiety śnieżne byłam, na moich stopach li i jedynie trampeczki, co powodowało, że duży palec u prawej stopy zamarzał mi na przemian z odmarzaniem w obiektach kulturalnych, gdzie wyjątkowo ciepło było (10 stopni).
Oprócz muzeów odwiedziłyśmy jeszcze Halę Ludową (nie mylić w wrocławską Halą Tysiąclecia).
Po tych atrakcjach trzeba było w końcu pożreć coś i akurat pierogi tym razem to były, rury nam nadal nie przepaliło. A po pierogach Chris poszedł oddać się swojej ulubionej czynności czyli pracy (co wywnioskowałyśmy z tego, że młodzieniec ten - urodzony w mieście Chongqing - nigdy wcześniej nie był w miejscach, do których nas tym razem zabrał, nie widział też Trzech Przełomów. No i nie ma dziewczyny.), a my postanowiłyśmy skorzystać ze zdobyczy cywilizacyjnej o nazwie Internet. Napotkałyśmy jednak na problem, bo miasto Chongqing zdaje się nie mieć pojęcia o tym imperialistycznym dobrze i mimo mrożącego krew w żyłkach mojego palucha półgodzinnego spaceru po ścisłym centrum nie udało nam się odkryć kafejki internetowej.
Zdesperowane (i przyczepione do zamrożonej wypustki zwanej palcem u stopy - w moim przypadku) udałyśmy się na nasze osiemnaste pięterko, by odpocząć przed kolacją z panem Hao, który powinien już był wrócić z podróży służbowej i który to pan Hao był jakoby inicjatorem akcji pod tytułem: Ania Q i Marta w Chongqingu, bo to właśnie pan Hao był przyjacielem Ani Q kuzynki. Skomplikowane? Proszę poczytać poprzednie posty. Ania zasnęła od razu, a wraz z nią jej wory pod oczami, które sobie hodowała konsekwentnie przez dwa tygodnie w knajpach miasta Jinan z okazji ferii zimowych. Ja też zasnęłam - ale nie od razu, a po spożyciu kawy, która miała mnie uchronić przed zaśnięciem w ogóle. Bo miałam pilnować wieści w sprawie spotkania z panem Hao.
I spałam snem słodkim, a do mej nieświadomości nie docierały ani pipnięcia telefonów komórkowych, ani potencjalne gadki przezsenne Ani Q we wszystkich językach świata, prócz polskiego, którego w śnie Ania nie zwykła jakoś używać.
I nagle alarm - Ania mnie budzi w sposób uchybiający wszelkim zasadom humanitarnym i mówi, że Hao i Huang już czekają na nas w miejscy zwanym lobby. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak pozbierać się do kupy w trzydzieści sekund i udać się na spotkanie z tą dwójką oraz z kobietą z wąsem, której Huang nie chce z jakiś powodów na kochankę, choć ona chce Huanga na kochanka (wiemy od Hao) i która ma dziecko (wiemy od niej samej). Udaliśmy się razem do chińskiej restauracji (najchińszczejszej z chińskich - z obrotowym stołem, by każdy mógł sięgnąć potrawy, na którą ma ochotę oraz z milionem Chińczyków drących się w niebogłosy). Na uwagę antropologa zasługiwałyby zamówione przez Hao dania takie jak rude włosy (ponoć suszone bardzo cieńkie paski wołowiny) oraz żołądek wieprza. Chiński alkohol baijiu (75 procent) lał się strumieniami i rozprzestrzeniał swą charakterystyczną woń, oczywiście ganbei (do dna) było tekstem wieczoru. Nie żebyśmy były pijaczki, ale Chińczycy uznaliby zdecydowanie za afront z naszej strony nie wypicie alkoholu, który oni dla nas specjalnie kupili (jakiś najlepszy chiński baijiu!!!). Więc piłyśmy. A Anię aż zamroczyło. Ale potem odmroczyło. Po jedzeniu udaliśmy się do klubu, typowo chińskiego, gdzie nie było parkietu do tańca, ale musyka była tak głośna, że niemożliwą była rozmowa, jeżeli nie posiadało się chińskiego gardła. Nie pozostało nam nic innego z Anią Q, jak znaleźć jakąś przestrzeń do tańca, dorwałyśmy się zatem do podestu dla piosenkarza (bo muzyka w brutalnym chińskim stylu pop na żywo wyśpiewywana była) i wywijałyśmy tam, co podobno wzbudzało sensację, ale ja tam nie wiem, bo już skrajnie pijana byłam w wyniku swej uprzejmości wobec nalegań naszych gospodarzy. Ania się nawet tak rozochociła, że zaczęła na podłodze jakieś mostki gimnastyczne wyprawiać, przez co przywaliła głową w grunt. W pewnym momencie rzeczywistość zaczęła mi się groteskowo rozmazywać i powiedziałam do Ani: "muszę spać". Towarzyszący nam mężczyźni i pół kobieta-pół mężczyzna (czyli kobieta z wąsem) jakby w lot zrozumieli moją lakoniczną wypowiedź po polsku, bo został zarządzony wymarsz.
Czy muszę mówić, że to była ciężka noc? Droga do toalety okazała się tak zawiła, że aż przywaliłam kolanem w ścianę, co spowodowało, że dołączyłam do grona osób posiadających siniaki (bo Ania miała na głowie jeden).
Przez całą noc w naszych apartamentach unosił się perfumik z baijiu. Od tamtego momentu sam aromat powoduje we mnie odruch wymiotny. Precz z baijiu!

Somewhere in China, odcinek pierwszy

Niniejszym otwieram serię wpisów pod tytułem "Somewhere in China". W cyklu tym pojawią się wynurzenia ilustrujące moją na razie największą przygodę podróżniczą, czyli włóczenie się po Chinach przez trzy tygodnie. Zostały one spisane w notesiku przeze mnie dla Ani Q (albowiem mnie o to prosiła), teraz się upublicznią.

Somewhere in China
Epopeja prozą autorstwa Martooshcky Siek (谢兰芬)

Dla mojej starej pijaczki (白酒人) Ani Q.

MOTTO (w liczbie dwóch aforyzmów):
Motto 1: "Ale suchar" (nieprzetłumaczalne na języki obce)
Motto 2: "Niech się cieszą" (w angielszczyźnie: "Let them be happy")

ROZDZIAł PIERWSZY, w którym przybywamy do miasta Chongqing (重庆)
Miło się bardzo leciało z miasta Kunming (słońce, mimo zatrważającej liczby samochodów, które w Kunmingu jakoś nie powodują smogu, za to powodują straszne korki, przez które niemal dostałam wrzodów, bo się stresowałam, że nie zdążę na samolot) poprzez przestrzeń nad północnym Yunnanem i południowym Syczuanem (chmury, ale pod spodem, słońce świeci nad nami) do miasta Chongqing (smog, mgła, chmury na raz), albowiem lot był urozmaicony atakiem terrorystycznym. Dokładnie się nie orientuję, bo dostałam przydział w pierwszym rzędzie samolotu, patrząc od kabiny pilota, przez co miałam bardzo ograniczone możliwości jeżeli chodzi o zbadanie sytuacji, która zaszła gdzieś w po kwadransie od wzbicia się w powietrze mniej więcej w połowie długości samolotu. Mianowicie coś się zaczęło wylewać z sufitu na głowy pasażerów w tamtej strefie, a konkretnie ze skrzynek na bagaż podręczny, przez co jakaś dwudziestka pasażerów została ewakuowana ze swoich siedzeń, a pozostałe czterdzieści dziewięć osób poszło się przyglądać widowisku (看热闹). Ja jako jedyna osoba na pokładzie nie wykazałam zainteresowania poczynaniami ratowniczymi obsługi wykraczającego poza zdenerwowanie spowodowane opóźniającym się wydaniem posiłku. W końcu po dwudziestu minutach niebezpieczeństwo (jakie by ono nie było) zostało zażegnane, a główny steward siedzący obok mnie spisywał dane z paszportów jakiś podejrzanych chińskich typków - sprawców zamieszania.

Po przylocie zmuszona byłam do poczekania na Anię, bo ja lądowałam koło 14 w Chongqingu, a Ania miała przylecieć o 18. Tłok w hali odlotów był niemiłosierny, więc usiadłam sobie na własnym bagażu i zaczęłam czytać przywieziony z Kunmingu bożonarodzeniowy numer "Polityki" otrzymany w spadku od Agniesi (nowa postać, Polka, która po prostu lubi Azję, dlatego przyjechała do Chin nauczać języka angielskiego). Oczywiście nie minęło pięć minut, a już zostałam zagadnięta i poczęstowana gumą do żucia przez uroczą Chineczkę, pragnącą poćwiczyć swój angielski. Tym samym ja poćwiczyłam mój angielski, ponieważ jej angielski był lepszy od mojego.

Potem koleżanka odleciała do Yunnanu, a ja postanowiłam rozejrzeć się po lotnisku, bo nudno mi było troszkę. Wyszłam też na zewnątrz obejrzeć krajobraz i... przeżyłam szok termiczny. Wilgotność powietrza niespotykana w Kunmingu (który jest niesamowicie wręcz suchym miastem), takaż temperatura a ja w tiszercie! Od razu musiałam przywdziać swetry, kurtki, czapki, szale, rękawice, ale niestety nie miałam kalesonów, więc marzły mi łydki wraz z tak strategiczną częścią ciała, jaką są pośladki.

Do końca mojego pobytu w tym mieście zamarzałam, chociaż temperatura oscylowała między jednym a pięcioma stopniami Celsjusza.

Słuchając mimowolnie przez czas pobytu na lotnisku komunikatów, że to taki, to znowu siaki (samo)lot jest delayed (opóźniony), albo, co gorsza, cancelled (anulowany), wznosiłam z mojego ponownie zajętego miejsca na podłodze hali odlotów modły do bogów wszelkiego rodzaju i imienia (tak na wszelki wypadek) , by samolot Ani nie była ani delayed, ani cancelled, ani (Jezus Maryja!!!!) fallen (upadły) z powodu jakiejś burzy śnieżnej, które nagle stały się powszechne w Chinach powodując liczne snow-disastery, tak załamujące, jak pamiętne powodzie w naszym kraju, gdy wszyscy śpiewali, że "nic, naprawdę nic ci nie pomoże". Oczywiście chęć ocalenia Ani powodowana była moją ogromną sympatią dla tego dziewczęcia, a poza tym to ja biedna byłam. Zero, serio serio, pieniądza miałam. Nawet na kubek wody na lotnisku stać mnie nie było. A Ania, jak wiadomo, uwielbia mnie sponsorować. Na szczęście moją uwagę trwale odwróciła mlaskająca i ciamkająca nieopodal gumą do żucia przedstawicielka ludności Han, bo guma do żucia to obiekt mlaskania długotrwałego, w związku z czym mój żołądek został uratowany od wrzodów a serce od zawału z tej zgryzoty.

W końcu samolot Ani raczył wystartować, mimo mrozów i zamieci, co poznałam po wyłączonej komórce pani Q (bo przez cały czas kontrolowałam telefonicznie jej przygotowania do odlotu, aby a nuż nie pomyślała o rozmyśleniu się albo co), oraz w końcu z wielkim opóźnieniem szczęśliwie wylądował, co poznałam po włączonej komórce pani Q. Poszłam więc odebrać Anię do hali pod tytułem Domestic Arrivals, a tam co widzę? Ania w towarzystwie jakiś dwóch podejrzanych typków, którzy chcieli, jak się potem okazało, uprowadzić ją w siną dal beze mnie!!! Na szczęście wkroczyłam do akcji, nim nastąpiło porwanie.

Dwie podejrzane istoty okazały się być Huangiem (duży, gruby, stary) i Chrisem (mały, szczupły, młody); zabrali nas oni do hotelu, w którym miałyśmy nocować przez kilka kolejnych dni (przy Jiefangbei, czyli w ścisłym centrum miasta, na osiemnastym piętrze wieżowca, na koszt "chińskich przyjaciół") a następnie na kolację. Kolacji daniem głównym był alkohol wysokoprocentowy pod tytułem Baijiu (白酒), śmierdzący niemiłosiernie jakimś wołającym o pomstę do nieba aromatem, inne serwowane przysmaki to na przykład świńskie uszy, gołąb w całości (w całości, znaczy w całości!!!!). Po spożyciu tychże smakowitości (żadne danie jak na razie nie przepaliło nam rur, chociaż Chongqing słynie z ekstremalnie ostrych potraw) udałyśmy się na spoczynek. A sen miałyśmy krzepki i błogi (no i zimny w moim przypadku, bo Ania, niczym rasowa chłopka z Europy wschodniej, po wypiciu hektolitrów tego strasznego baijiu zasnęła snem kamiennym, posapując rozkosznie).

sobota, 8 marca 2008

Ekologicznie, ciąg dalszy

A propos komentarza Łukasza do sprawy ołówkowej oraz podanego przez niego linka do artykułu w w Wyborczej o brytyjskich odpadach na chińskich wysypiskach: po pierwsze - tak właśnie sobie myślałam, że drewniany ołówek środowisku milszym jest. A ja ołówki bardzo lubię.
Ponadto: nie jestem jakaś szczególnie święta jeżeli chodzi o ekologię, ale w moim domku segreguje się odpady niemal maniakalnie (wieczko od jogurtu tu, kubeczek tam, a przed wrzuceniem do wora o odpowiednim kolorze obowiązkowo trzeba ten stuff umyć i tak dalej), więc jakoś tak nienaturalne się wydaje wrzucanie wszystkiego do jednego pojemnika, gdy tam są takie skarby jak wczorajsza gazeta! Po roku w kraju niemieckim człowiek tylko okrzepł w nawykach sortowania (i wyłączania urządzeń elektrycznych, mycia naczyń w zlewozmywaku w wodzie stojącej i tak dalej). Dlatego jakoś chińskie podejście trochę szokuje. Może i faktycznie zachodni imperialista chce zatruć biednych Chińczyków, ale i sami Chińczycy ewidentnie chcą zatruwać siebie. Idziesz do sklepu jak supermarket i dostajesz tonę opakowań plastikowych. To, co u nas byłoby w kartonie (proszek do prania, sok) lub w szkle (keczap, masło orzechowe), u nich obowiązkowo jest w plastiku. I oczywiście worki na zakończenie zakupów: mało tego, że dają, u nas też dają, oni Ci to wmuszają, bo w chińskim supermarkecie (niezależnie od tego, czy właściciel jest amerykański czy francuski) to pani kasjerka wrzuca twoje zakupy do tych worków, ze szczególną dbałością, by każda kiełbaska była w osobnym worku, by nie mieszały się produkty papiernicze z chemicznymi albo spożywczymi. W ten sposób dostaję aż cztery pełnowymiarowe plastikowe worki, gdy zakupię zeszyt, koszyczek truskawek, mrożone pierożki i płyn do płukania tkanin. Ale już w pierwszym tygodniu pobytu tutaj rozgryzłam tę akcję i teraz noszę ze sobą swój płócienny worek na zakupy (który wzięłam z Polski od niechcenia). Miło z mojej strony? Wierzcie mi, że miłe to nie jest, bo każda pani kasjerka i każdy pan kasjer patrzą na mnie jak na zjawisko nadprzyrodzone, gdy mówię im, że nie chcę worka plastikowego, bo mam swój. Oni są załamani, bo jak tu teraz zapakować (oczywiście nadal obstają, by mi to samemu pakować, chociaż ja już wyciągam łapy po odpikany towar) proszek do prania i jabłka????? Więc mimo wszystko chcą mi wcisnąć swe worki, myśląc, że mi chodzi tylko o efekt wizualny. Całe rodziny stojące za mną w kolejce również patrzą na mnie jak na przejaw amerykańskiego folkloru (oczywiście nikogo pierwszą myślą nie może być, że pochodzę z Europy, bo Stary Kontynent to coś nierealnego w oczach Chińczyków).
No ale supermarket jak supermarket, idę w Polsce do biedronki i też leżą opakowania plastikowe, można brać do woli i większość ludzi bierze do woli (bo przecież plastikowy worek taki użyteczny jest, można go jako worek na śmieci potraktować, worek na skarpety, gdy się wyjeżdża, worek na mięso, które chcemy zamrozić, oh, jakże wiele ma worek zastosowań). Ale w Chinach plastikowy worek dostaniesz nawet, gdy idziesz kupić do papierniczego wspomniany wyżej ołówek. Cena ołówka: 1 kuai, rozmiary ołówka standardowe, bonus: finezyjny worek z myszką Miki oraz opakowanie ręcami pani kasjerki (żeby się od myszki Miki chyba wymigać niepodobna było).
Segregacja śmieci? No, ktoś w dużych miastach o czymś takim kiedyś usłyszał. Kunming nie jest dużym miastem, ale taki Chongqing jest, Szanghaj też i tam widziałam podwójne śmietniki na ulicach, na których w dwóch językach uznanych za światowe (chińskim i angielskim) można było przeczytać odpowiednio: odpady wtórne, odpady organiczne. Więc skwapliwie zastanawiałam się, do której kategorii należy moja guma do żucia. Ale gdy podchodziłam do śmietnika, by się jej ostatecznie pozbyć, problem rozwiązywał się sam, bo podział okazywał się mitem. Skórka od banana w surowcach wtórnych, butelka w organicznych, a wszystko okraszone (przepraszam za turpizmy) śliną obywateli, bo śmietniki służą również jako spluwaczki (jak tu się nota bene dziwić masowym zachorowaniom na gruźlicę????).
Ostatnim smaczkiem będzie sytuacja u mnie na osiedlu. Mamy pojemniki na śmieci nie uwzględniające segregacji żadnej (miło, że w ogóle mamy kontenery, bo powszechnym zjawiskiem są "domki" ze śmieciami, do których śmieci wyrzuca się bezpośrednio na ziemię, a potem przyjeżdżają śmieciarze - których zawód nabrał dla mnie zupełnie nowego wymiaru w tym kraju - i widłami wrzucają ten cały syf na przyczepkę sympatycznego ciągniczka). Jednakowoż odkryłam, że istnieje krypto-segregacja już pierwszego dnia pobytu w Kunmingu. Mianowicie pod śmietnikiem na osiedlu mym czatują nieustannie "recyklingowcy" - ludzie, którzy chyba utrzymują się ze sprzedaży surowców zdatnych do ponownego zużytkowania. Przychodzi się ze śmieciami, a oni od razu zbliżają się i wyjmują twój worek, by go dokumentnie przeryć w poszukiwaniu czegoś, głównie papieru, ale i butelek plastikowych czy szklanych. Taki widok zobaczy się z mojego okna kilka razy dziennie. Więc postanowiłam trochę pomóc tym ludziom i wprowadziłam sobie segregację odpadów na te same kategorie, jakie mamy w domu. Niech już nie grzebią w tych obierkach po jarzynach, tylko wezmą sobie mój wór z butelkami plastikowymi czy kartonikami po chustkach do nosa i odejdą w siną dal. Miła jestem? Wcale nie, czuję się lepiej, gdy nie ulegam jakimś tam chińskim obyczajom tylko robię swoje, czyli to, co już mi weszło w krew, bo tak się robiło i robi w domu.
A planeta i tak kiedyś się popsuje na tyle, że trzeba będzie Chińczyków eksportować na Marsa. Bo innych nacji już w tym czasie nie będzie. No chyba, że rządy wymyślą coś lepszego od becikowego.

piątek, 7 marca 2008

...

Kolejną ofiarą połowy populacji Chińskiej (czyli złodziejaszków) została Honorata.
Czy wyczuwa się już rasistowską nutkę w moich wypowiedziach? Chyba czas na kozetkę.