czwartek, 26 czerwca 2008

Wesele

Wczoraj siedzimy sobie - Agnieszka, Thao i ja na Wenhuaxiang na taboretach przed buda z napojami i popijamy swoje koktajle owocowe tudziez herbatki z mlekiem (Thao). Nagle podchodzi do nas istota plci zenskiej, narodowosci najpiewniej Han i pyta, czy nie chcemy pojechac na chinskie wesele. Odpowiadamy ze tak, wiadomo, wesele - super sprawa, a o co chodzi. Bo ona - Chinka Han - ma siostre i jutro siostra ma wesele. I ma tez rodzicow i rodzice nigdy nie widzieli Laowaia (czyli obcokrajowca), a bardzo chcieliby zobaczyc. I ona by nas w zwiazku z tym na to wesele zabrala. Zapalily nam sie lampki a la Pomyslowy Dobromir w glowach i w zwiazku z tym dalam kobiecie tej swoje numer telefonu. Potem sie zmylysmy (ja pojechalam na Targ Kwiatow i Ptakow, zeby w koncu zrobic sobie upragniona pieczatke z moim imieniem chinskim) i o sprawie nieco zapomnialysmy.
Pora popoludniowa przypomniala mi sie ta cala sytuacja i napisalam do niewiasty, by mi napisala jakies szczegoly odnosnie wesela - kiedy to jest, gdzie, czy jest tam prysznic (bo sa takie dni w zyciu kobiety, kiedy prysznic jest bardziej niz niezbedny) i w ogole jaka role my, laowaje, mamy tam pelnic (bo istniala spora obawa, ze ustawi sie nas na srodku lokalu niczym niedzwiedzia na Krupowkach i zgromadzeni goscie, wolajac ku nam "Halu" i wciskajac nam kolejne szklanki z baijiu - nie polecam, chyba, ze ktos odczuwa irracjonalna tesknote ku zwroceniu pozywienia w trybie natychmiastowym - beda sobie z nami fotki strzelac. Choc moze byla by to kolejna szansa na jakis zarobek....). Odpowiedz przyszla od razu i dowiedzialam sie co nastepuje: wesele jest na wsi, wiec nie ma tam biezacej wody, ale mozemy sie wykapac u sasiadow w bali za jedyne cztery kuaje. Miejsce podobno jest prastare i bardzo piekne. Mamy tam jechac na trzy dni, wyjechac w czwartek, wrocic w sobote i jest to daleko, wiec w jedna strone musimy zaplacic 170 RMB, mieszkanie i wyzywienie oczywiscie za darmo. Hmmm. Zadzwonilam do Honoraty (ktora ewentualnie tez sie pisala na ten wyjazd), ta skonsultowala rzecz z Lucia (Chinka z Hiszpanii, ktora jest tutaj tak samo jak my na kursie chinskiego) i uznalysmy w koncu wspolnie, ze nie mozemy jechac, bo po primo - nie wiemy w co sie pakujemy, a bezgraniczne ufanie nieznanym Chinczykom nie jest zbyt rozsadne, secundo - to kapanie w bali jakies niepewne jest, tertio - 170 kuajow w jedna strone to duzo jest! A jeszcze wrocic jakos trza... Quarto - w piatek jest odbior wizy Agnieszki, sprawa palaca i lepiej byc na miejscu w razie W.

Zadzwonilam wiec do dziewczyny i jej mowie, ze buhaoyisi (bardzo mi przykro), ale wyglada na to, ze sie nie wybierzemy. Ta mi na to: O maj gad! Obiecalas mi!!!! Juz zadzwonilam do rodzicow i oni sie tak ucieszyli, ze zobacza laowai! Dlaczego mi to robisz???? Wszystko jest za darmo! No to jej tlumacze sprawe z wiza Agniesi, ze sprawa jest wazna bardzo i ze w ogole to my pieniedzy nie mamy, bo teraz ciezkie czasy nastaly, zaraz do kraju wyjezdzamy i musimy oszczedzac. Na to ona: O maj gad! Wszystko za darmo jest! Dlaczego nie chcecie wydac 170 RMB, to jest piekne miejsce, dlaczego mi to robisz! Blagam!
Mowie jej bardzo delikatnie, ze buhaoyisi, ale naprawde nic sie nie da zrobic i decyzja o nie jechaniu juz podjeta zostala i zmieniona nie zostanie.
Ona: Gdzie teraz jestes?
Ja (zszokowana): W Kunmingu.
Ona: No ale gdzie dokladnie.
Ja: W moim mieszkaniu.
Ona: Ja jestem na Shifang Daxue (Yunnan Normal University), przyjdz tu i przedstaw mi jakis innych laowai, bo ja musze miec laowai dla moich rodzicow.
Ja: Ale ja nie znam zadnych laowai, ktorzy by chcieli jechac z Toba, buhaoyisi.
Ona: Czy wy myslicie, ze ja jestem oszustka, ja jestem uczciwym czlowiekiem! O maj gad, o maj gad!
Rozmowa ta, jakkolwiek ciekawa szalenie, wyprowadzila mnie troche z rownowagi. Trwalo to z dwadziescia minut, podczas lamentow dziewoi przypomnialam sobie, ze to ja za te lamenty place i postanowilam zachowac sie wybitnie niegrzecznie i zasymulowac rozladowanie sie baterii poprzez wylaczenie najpierw siebie a potem telefonu.
Gdy potem wieczorem uruchomilam te maszyne z powrotem, czekal na lekture esemes od dziewczyny weselnej. Tresc: Ja teraz placze przez Was, wstretne laowaje.
Glupio mi sie zrobilo troche. No ale.... No co, no?????

Pani A perypetie z Pania B - opowiesc sensacyjna

Rozdzial pierwszy.
Pewnego dnia przyszla Pani B do Pani A i powiedziala: kochana pani A, mam w Kunmingu szkole jezykowa i pragne, by byla pani w tej szkole jezykowej nauczycielem angielskiego. Pani A przystala na te propozycje, ktora ociekala lukrem i miodem perspektyw wielkich zarobkow i zawodowego awansu od zaraz. Pani B zachwycona byla, ze pozyskala dla swojego szkolnego biznesu tak inteligentna, oczytana i przede wszystkim znajaca jezyki (jes afkors natyrlis jawol absolima) osobe. Po czym przystapila do sypania pochwalami adresowanymi do Pani A, bo Pani A okazywala sie byc najlepszym nauczycielem w szkole, najbardziej kochanym przez uczniow.

Rozdzial drugi.
Pani A pracowala przez chwilke, ale jak na razie nie mogla uzyskiwac z tego tytulu przychodow, poniewaz pamietajmy, ze jestesmy w Chinach, a tutaj posiadacz wizy turystycznej za uzyskiwanie przychodow moze wyladowac w jakims chinskim odpowiedniku ruskiego lagru. Wiec Pani B powiedziala do Pani A: Kochana moja Pani A, musimy dla pani wize pracownicza zalatwic, by nasza wspolpraca mogla rozpoczac sie na dobre. Wiec Pani A wybrala sie do swojego kraju ojczystego, gdyz tylko w ambasadzie Chinskiej Republiki Ludowej na terenie ojczystego kraju mozna poprosic o wydanie pracowniczej wizy.

Rozdzial trzeci.
Pani A wraca do Chin z wiza typu Z. Wiza typu Z moze zostac wymieniona na wize stalego pobytu z celem podjecia pracy. Na wizie typu Z nie da znalezc sie daty waznosci, chocby sie dlugo szukalo (w tym miejscu, gdzie powinna sie znajdowac znajduja sie trzy tajemniczo wygladajace zera). Pani B idzie do odpowiedniego urzedu, zeby zdobyc dla pani A pozwolenie na prace. Nastepnie z takim pozwoleniem na prace, paszportem pani A, i milionem innych paierkow, swistkow i zaswiadczen pracodawca (czyli Pani B) powinna sie udac do PSB. PSB to Public Security Bureau (Gongan Ju), organ odpowiedzialny za wydawanie i przedluzanie chinskich wiz oraz wydawania pozwolen na pobyt.

Rozdzial czwarty.
Pani B jednak nigdy nie ma czasu, zeby pojsc do PSB. I w ogole zaczyna mowic Pani A jakies dziwne rzeczy - ze przez Pania A szkola upada, bo uczniowie nie lubia Pani A i odchodza do konkurencji. A konkurencji nota bene w KM jest duzo. I zachowuje sie w stosunku do Pani A dziwnie. Pani A jednak naciska na Pania B, zeby sie w koncu wybrac do PSB i zalatwic formalnosci. Pani B, przyparta do muru, w koncu sie zgadza.

Rozdzial piaty.
Na miejscu w PSB okazuje sie, co nastepuje:
Wiza Z pani A juz dawno (28 dni wczesniej) sie przeterminowala. W zwiazku z czym PSB zawiadamia policje. Pani B popada w histerie i zwala cala wine na Pania A (chociaz oficerowie PSB mowia Pani B wyraznym mandarynskim, ze to jest jej wina, poniewaz jest ona a. pracodawca Pani A, b, Chinka, ktora powinna znac regulacje dotyczace wydawania pozwolen na pobyt pracujacym u niej cudzoziemcom) i mowi do Pani A: To twoja wiza, radz sobie sama.

Rozdzial szosty.
Sytuacja wyglada wyjatkowo nieciekawie. Na policji Pani A dowiaduje sie, ze musi zaplacic kare 5000 RMB (okolo 500 Euro), a po zaplaceniu kary prawdopodobnie PSB w akcie laski wyda Pani A dziesieciodniowa wize turystyczna. Czytaj: w ciagu dziesieciu dni Pani A bedzie musiala opuscic kraj. Tylko ze Pani A juz w tym kraju jest od dawna, ma tutaj wynajete mieszkanie, a w mieszkaniu wszystko to, co jest potrzebne do egzystencji. Pani A nie po to jechala do Polski dwa miesiace wczesniej, zeby zaraz do niej wracac, tylko wlasnie po to, by umozliwic sobie zostanie w Chinach na dluzej. Tymczasem Pani B ma problemy w jakims specjalnym organie edukacyjnym.
Pani A placi kare (kara po rozpatrzeniu sprawy przez sledczych ostatecznie zostala obnizona do 2000 RMB) i czeka teraz na decyzje z PSB. Bo moze byc tak lub siak - PSB moze wydac ostatecznie Pani A wize pracownicza (bo Pani A ma wszystkie potrzebne papiery) lub ja wydalic z terytorium Chinskiej Republiki Ludowej.

Rozdzial siodmy.
To bylo wczoraj. Pani A, w towarzystwie Pani eM. i Pani Th. udaje sie do biura PSB skontrolowac sytuacje, bo ilez mozna czekac w niepewnosci. Dodajmy, ze sytuacja miedzy Pania A a Pania B jest coraz bardziej napieta i Pani B wini za wszystko Pania A, co podnosi stresowosc sytuacji calej tej. W PSB kobiety dowiaduja sie co nastepuje: Pani A ma porzybyc w piatek do PSB, aby odebrac swoj paszport, a w paszporcie bedzie wiza. Pracujaca, na szesc miesiecy. Aaaaaaaaa, takie mniej wiecej dzwieki radosci wydobyly sie z trzech kobiecych gardel i w sumie juz zaczeto sie w ich gronie zastanawiac, gdzie pojsc swietowac ten fakt, gdy nagle rozlegl sie dzwonej telefonu gdzies w czelusciach torebki Pani A. To Pani B dzwonila do Pani A, by powiedziec, ze Pani A i Pani B musza sie spotkac, by sobie wszystko wyjasnic.

Rozdzial osmy.
Spotkanie. Dodajmy - w obecnosci mediatora irlandzkiego, coby nie bylo jezykowych nieporozumien. Pani B mowi Pani A, ze Pani A zrujnowala szkole i ze Pani B ojciec, gdyby tylko zobaczyl Pania A, to na pewno cos by Pani A zrobil (Irlandka nie reaguje). Pani B juz nie chce wpolpracowac z Pania A, bo Pani B ojciec jest zdecydowanie przeciwny temu. Pani B jest mocna anulowac wize Pani A (gdy Pani A ta dostanie, bo piatek nastapi dopiero jutro) i chetnie to zrobi. No chyba ze Pani A znajdzie sobie w ciagu kilku dni nowego pracodawce, zeby przetransferowac prawo do pracy na tego innego pracodawce.

Rozdzial dziewiaty.
Pani A dziala. Szuka nowego pracodawcy. Jest adrenalinka. Ale Pani A sie nie poddaje. Mimo istnienia takich kanalii jak Pani B Pani A nie traci wiary w pozytywne strony istnienia. Jutro odbior wizy.

Epilog.
Pani A jest bardzo dobra przyjaciolka Pani eM. Wiec Pani eM. sie przejmuje i dlatego tutaj mozna o tym przeczytac. Cale laowajskie (czyli cudzoziemskie) srodowisko Kunmingu drzy w posadach. I kazdy "gdyby zobaczyl Pania B, to niewiadomo co by jej zrobil". Niestety, takie sytuacje zdarzaja sie tutaj czasami, jak sie teraz nagle okazuje.
Poza tym bojkotujemy chinska polityke wizowa przed olimpiada. Ale tylko dlatego, ze ona teraz bojkotuje nas.

wtorek, 24 czerwca 2008

Tytka, drzewko

Dwie akcje. Rzad Kunmingu wymyslil je.
Akcja pierwsza.
Miesiac temu zakazano wydawania foliowek w sklepach. Tylko, gdy sie kupuje cos na kilogramy (no na przyklad pyry, wzglednie make, ryz - bo tu tez sie to do woli kupuje, a nie w gotowym opakowaniu), to dadza. Postepowy ten zakaz spowodowal wysyp przewspanialych toreb plociennych. Ja sie obnosze dumnie na przemian z Universitate Leipzig i Yunnan University. Lans.
Powinno sie cos takiego chyba w Polsce wprowadzic, ale gdy Poznan wpadl na taki pomysl jakis madrala odezwal sie, ze niekonstytucyjne to jest. I basta.

Akcja druga.
Postanowiono wsadzic 9000 nowych drzew. Jako ze Kunming jest mega zielonym miastem i kazda ulica powinna sie nazywac aleja, gdyby takie pojecie w chinskim uzywane bylo, to wsadza sie te nowe platany (przewaznie) rownolegle do juz istniejacych. Czytaj - obecnie kazdy chodnik wzdluz ulicy jest bogaty w dwa rzedy drzew. Mile? Slalom, ktory trzeba wykonywac miedzy tymi zasadzkami, powoduje jeszcze wiekszy chaos i jeszcze wiekszy scisk w ruchu pieszym. Ale za kilka lat biegajace do uprzykrzenia z parasoleczkami przeciwslonecznymi obywatelki miasta beda mialy jeszcze wiecej upragnionego cienia.

Kudla sprawa

No, od jakiegos czasu w necie (konkretnie po prawej od miejsca, na ktorym wlasnie koncentrujesz wzrok) wisi aknkieta w sprawie mego wizerunku. No i jak widac na zalaczonym diagramie, powinnam byla wlosa sciac... Sama sie ku temu sklaniam, bo mi goraca, ale chwilowo nie moge tego zrobic, gdyz obiecalam mojej kolezance Chince, wyznajaca pradawna zasade, ze kobieta winna miec wlosy DLUGIE, ze ich nie zetne do jej wesela (ktore nota bene planuje, ale obiecalam za bardzo tego nie rozgadywac, choc sprawa jest ciekawa). Moze do wesela mi sie nie uda wytrzymac, ale jeszcze z jakies cztery tygodnie, kiedy wciaz prawdopodobnym pozostaje, ze moglabym jej zlamac serce moim widokiem w krotkiej czuprynce, pozostane wierna chinskim odwiecznym tradycjom. Dziekuje wszystkim za oddanie glosu.

Wklejam nowa fote ma, zeby ludzkosc widziala, jak teraz sie prezentuje. Voila.

Uroki bycia w Chinach

Jest takie piekne polskie powiedzonko "jak nie urok to sraczka". Moze cos myle, bo w powiedzonkach slaba jestem. Tak czy siak, ostatnio moje zycie nie obfituje w uroki.
Tym bardziej szczytem poezji wydaje sie piosenka:

Toaleta jest miejscem do ktorego nie chadzamy
Nie zdarza nam sie jadac wiec nie wydalamy
Jedyni na Ziemi gazow nie puszczamy
Nie mamy problemow z przemiana materii
Katarzyna Nosowska

sobota, 21 czerwca 2008

Dlaczego zdechl mi blog i inne opowiesci

Dawno dawno temu, za gorami, lasami. Poniedzialek, a moze czwartek. Marta siedzi przy kompie, komp mowi, ze ma za malo miejsca na dysku ce i pyta, czy Marta nie zechcialaby uporzadkowac dysku ce poprzez usuwanie plikow tymczasowych oraz poprzez zgode na wykonanie innych tajemniczych operacji. Marta sie zgodzila, i zaczela ogladac swoje paznokcie oraz zdjecie swojegpo brata z gor, ktore raczyla mu przeslac brata dziewczyna. I nagle komputer zupelnie bez jakiegokolwiek ostrzezenia wylaczyl sie. Najlepsze slowo polskie do okreslenia zjawiska: wysiadl. Marta postanowila postawic jakas diagnoze, wiec dotknela cielska kompowego. Rozgoraczkowane. I wydziela zapach spalonego kompa. Ojej.
Poczekala Marta pol godziny, nim odwazyla sie dokonac proby wlaczenia ponownie kompa, a byl to wyczyn prawie saperski. Po wcisnieciu magicznego guziczka akcja sie powiodla. Wlaczylo sie. Zaczelo nawet wina wczytywac, ale potem... a piat na nowo sie wylaczylo i samo z siebie znowu wlaczylo, by potem znowu sie wylaczyc. No i wlaczyc. Bledny lancuszek komputerowego obledu doprowadzil Marte do skraju obledu.
Brat Marty powiedzial, ze on sie tym zajmie, w koncu tylko 2 miechy zostaly do mojego z bratem specem komputerowym oko w oko spotkania. To Marta wziela szmaty, wyczyscila kompa, zapakowala go w torbe kompowa, torbe wsadzila w jej standardowe miejsce mieszy szafa a sciana i w ten sposob... zostala bez Internetu. A szkoda, bo na blogu mozna by duzo popisac, w koncu tyle sie ostatnio dzieje.
O maly wlos zostalaby tez bez komorki (i umarlaby socjalnie), bo ostatnio zostawila ja w kafejce internetowej. Ale gdy przyszla na nastepny dzien, komorka czekala przy kontuarze. Marta odzyskala wiare w Chinczyka, ktora utracila, gdy zostal jej ukradziony ukochany telefonik (z ktorego polowy funkcji Marta w ogole korzystac nie potrafila) marki Sony Erricson w miesiacu pazdzierniku (czy kiedys tam).

wtorek, 22 kwietnia 2008

Somewhere in China, odcinek czwarty

ROZDZIAŁ CZWARTY (ostatni czongcingowy)

W dniu drugiego lutego Anno Domini 2008 Ani Q. w końcu definitywnie zniknęły imprezowe sińce spod oczu, bo w końcu naprawdę się wyspałyśmy. Po prysznicu (z konieczności zimnym, bo ciepła woda na naszym 18 piętrze, jeżeli zechciała się pojawić pod wystarczającym ciśnieniem, by użyć jej do kąpieli, to na pewno nie była ciepła) zaczęłyśmy się przysposabiać do żmudnej czynności pakowania, albowiem tego właśnie dnia wieczorem miałyśmy opuścić na statku największe miasto w Chinach.

Śniadanko znowu w Starbucksie (w ogóle, rodacy, ta amerykańska sieć kafejek ma nam się wkraść na polski rynek już w przyszłym roku, jak przeczytałam w internetowym wydaniu dzisiejszej „Wyborczej”… Hmmm, ja preferuję knajpy typu Ptasie Radio przy Kościuszki albo Zielona Weranda przy Paderewskiego w Poznaniu, koniec reklamy), pan Hao, który nas do Starbucksa zabrał, wykazał się nadzwyczajną zdolnością rozumienia polskiego tekstu słyszanego, bo bez znajomości ani słowa po polsku zrozumiał moją sugestię kierowaną przytłumionym głosem do Ani, że oprócz mega wielkiego kubasa kawy przydałoby się jeszcze pożreć coś pozwalającego zapobiec bezpośredniemu atakowi kawy po amerykańsku na nasze delikatne żołądki i pozwolił nam sobie wybrać dowolny wypiek (eeeee tam, nic nie równa się szarlotce albo czekoladowcowi z Ptasiego Radia, koniec reklamy).

Teraz będzie WTRĘT, charakterystyczny dla tego bloga. Wtręty być muszą, by ukazać czytelnikowi sytuację w szerszym kontekście kulturowym, żeby, na przykład, czytelnik nie musiał się głowić, jak to się niby stało, że pan Hao zrozumiał w lot, że ja chcę ciastko zjeść. Już tłumaczę: Chińska nacja ma nadzwyczajny dar czytania w myślach, ale dopiero po usłyszeniu tonu głosu. Bez względu na język nadawcy przekazu. Na palcach dłoni i paluchach stóp nie wyliczyłoby się sytuacji, w których reakcja Chińczyka była akurat taka, jaka mogłaby być reakcja kogoś, kto rozumiałby język w którym mówię. Najbardziej spektakularne przykłady pochodzą z punktów usługowych i handlowych. Egzemplum: Z koleżanką Moniką, zwaną też Xiaomao z racji nazwiska (Kocurek się Monika nazywa, a Xiaomao to kotek po chińsku) eksplorujemy sklepy, aż natykamy się na spódniczki idealnie nam podchodzące pod gusta. Idziemy przymierzyć. W chińskich sklepach odzieżowych w kabinach przymierzalniczych nie ma luster, za to zawsze jest jakieś lustro w sklepie. Wyszłam więc z kabiny, by przyjrzeć się mnie w potencjalnym zakupie i pytam Moniki: „Widziałaś lustro?”. W tym momencie chińska sprzedawczyni nagle obudziła się z letargu i poczęła ciągnąć mnie ku lustru. Spódniczka, oczywiście, wyglądała znakomicie, mimo że moje nóżki tego dnia niczym truskaweczki były. Mówię do Xiaomao: „Chyba ją kupię”. Xiaomao (przeglądając się w lustrze odziana w swój potencjalny zakup) do mnie: „A ile one kosztują?”. Nawet nie zdążyłam otworzyć ust, by zapytać panią sklepową, gdy ta oznajmiła mi, że spódniczka 95 yuanów kosztuje. „O Jezu, ale drogo” rzekła Xiaomao i skierowała się do przymierzalni, by raz na zawsze zdjąć towar luksusowy z siebie. Reakcja pani sklepowej??? No chyba czytelnik da radę przewidzieć. Oczywiście, pani Chinka od razu mówi (żeby nie było nieporozumień, po chińsku, a my rozmawiałyśmy ze sobą po polsku, albowiem tej samej nacji z Xiaomao jesteśmy): „ Ale nali drogo, nali nali (nali znaczy: gdzie tam), material hen hao (bardzo dobry), w ogóle ta spódniczka hen shufu (wygodna).” I tak uderzając w te tony zachwala świergocząc towary swe. Monika aż wychyliła głowę zza kotary: „Ona wszystko rozumie, czy może ona absolwentką polonistyki jest?????”. Na to pytanie pani nam nie udzieliła odpowiedzi. Wolała przemilczeć.

To tylko jeden przykład, a jest ich mnóstwo, Chińczycy rozumieją Niemców, Amerykanów, Gruzinów, Laotańczyków. Jeno siebie nawzajem nie za bardzo. KONIEC WTRĘTU.

Po śniadanku toyotą przejechaliśmy się na wielki pagór po drugiej stronie rzeki Jangcy, zwany Nanszan, by zobaczyć widok na miasto, co jednak było niemożliwe, bo nad miastem wisiało ciągle to samo matowe paskudztwo, może smog, może mgła, a może mix. Tak czy siak – bardzo przyjemne miejsce do życia ten Nanszan. Niestetyż, zachciało nam się z Anią udać na siczka (nie mylić z Sieczką, bo Sieczka to ja). Zaparkowaliśmy więc, walnąwszy uprzednio w krawężnik, przed wyglądającą rozsądnie knajpą. Pan Hao zapytał o toaletę, odpowiedziano mu: „Piętro wyżej”. Jeno knajpa jednopiętrowa była. Ale jakieś schodki z boku się czaiły. Po wspinaczce, niczym do jakiejś chińskiej świątyni, dotarliśmy do wychodka, nie zasługującego na miano ustępu nawet. Pan Hao scykorzył, a my z Anią nieustraszone skorzystałyśmy z ukrytej za foliówką dziury w ziemi.

Potem pan Hao odwiózł nas pod domeczki w centrum, zaprojektowane przez Chrisowego „wujka” (wujkiem jest w Chinach każdy, kogo opłaca się mieć za wujka). Tam czekali na nas Chris i Judy, uparcie zwana przez Anię Q Jenny, którzy zabrali nas do świątyni. Świątynia jak świątynia, wlepiona między drapacze chmur. Jedyną ciekawostką była tam kobieta z osmaloną twarzą. Gdyby Ania to czytała, na pewno powiedziałaby do mnie: „Martuniu, ty złośliwcze”, podczas gdy to właśnie ona drążyła temat o przyczynach osmalenia twarzy wspomnianej kobiety.

Na koniec dnia udaliśmy się na kolację z wszystkimi pracownikami firmy pana Hao do obrotowej restauracji na ostatnim piętrze wysokiego budynku przy samym pomniku Jiefangbei. Od tych obrotów dostałam szybko choroby lokomocyjnej. Chris o mało mi się nie oświadczył, Ania była adorowana przez czterdziestoletniego Huanga (jednak postanowiła jeszcze nie mówić o nim per „mój chłopiec”), jedzenie było dobre (oprócz świństwa o nazwie „ogórek morski”). Jedną z atrakcji kolacji było pojawienie się Chińczyka w różowej koszuli i fioletowym sweterku, widocznie taka moda jest teraz w wyższych sferach (co ja gadam, przecież Chiny to państwo komunistyczne, tu nie ma wyższych sfer, wszyscy równi są).

Siedzący po mej lewicy Chris strasznie był zatroskany, że możemy nie zdążyć na nasz statek i ciągle pokazywał mi zegarek, ja następnie pokazywałam zegarek Ani, która siedziała po mojej prawicy, a ta pokazywała zegarek panu Hao, który był następny w rządku. Ten był już po połowie butelki śmierducha (mam na myśli baijiu) i beztrosko informował nas, że statek dopiero o 22:30 odpływa. Tak więc na kwadrans przed dziesiątą Huang i Hao podnieśli się z lekkim oporem materii z siedzisk i wraz z nami ruszyli po nasze bagaże, które czekały w biurze pana Hao, by następnie odwieźć nas do portu.

Po chwili nastąpiła mała czapa, znana też jako zonk. Albowiem Ania Q. wyjęła z jakiś czeluści bileciki nasze statkowe, zasponsorowane wspaniałomyślnie przez Hao, a na bilecikach jak wół było napisane, że statek odpływa o 22.

Tak więc w wyniku powstałej afery nasz pijany kierowca Huang w pięć minut dowiózł nas skrótami do przystani, łamiąc wszystkie możliwe przepisy, ale to co, przecież zna policjantów oraz bossów czongcińskiej mafii (to się nazywa guanxi czyli układy, kto nie ma w Chinach guanxi, jest nikim, a kto ma dużo guanxi, jest kimś). Szybko wskoczyłyśmy na pokład paskudnej łajby, która akurat odbijała od brzegu… i tak się zaczęła nasza nowa przygoda :P. Ale o tym w następnym odcinku.